piętnaście

Nie jest lekko. Albo inaczej. Ten grudzień nie jest dla mnie łaskawy. Minęło już dwadzieścia jego dni, a ja mam za sobą zaledwie osiemdziesiąt dwa kilometry. W tym ponad trzydzieści na bieżni. Przeprosiłem się z nią po ponad ośmiu latach, bo właśnie około 2011 zdarzyło mi się kilka razy dreptać w miejscu w jakiejś siłowni. Teraz wróciłem do tego, bo się rozchorowałem i wolałem nie ryzykować wychodzenia do lasu. Nie był to najgorszy pomysł. Z tym zastrzeżeniem, że sama bieżnia jest czymś strasznie irytującym. W lesie czas mija szybko, a przynajmniej (zazwyczaj) się nie dłuży. Natomiast w zamkniętym, dusznym pomieszczeniu z lustrami i idiotyczną muzyką, cały czas walczyłem ze sobą, by nie zejść po góra dwudziestu minutach. Udało mi się te kilka, jednak mam nadzieję, że pożegnam się z tą atrakcją na dłużej. Na bardzo, bardzo długo najlepiej.
aaaaaaaaaaa

czternaście

Mieszkam w takim miejscu, że w którą stronę nie wybiegnę, mam do przebiegnięcia minimum osiemset metrów nim dotrę do miękkich, leśnych ścieżek. To niewiele, ale i tak ten krótki odcinek jest najmniej fajnym etapem większości moich biegów. Wspominam o tym, ponieważ to właśnie asfalt wywołał pierwsze, mocno nieprzyjemne wrażenie związane z nowymi butami Altra King MT.
4
1Słysząc ich stukot czułem się jak w płaskich, drewnianych chodakach i nie było to nic fajnego. Przyzwyczajony do miękkich Hoka One One nie potrafiłem się w czymś tak diametralnie odmiennym odnaleźć. 2Las niewiele zmienił. Było wprawdzie trochę ciszej, ale nadal wydawało mi się, że plaskam stopami w ziemię jak ktoś, kto się pomylił w ocenie wysokości krawężnika z którego schodzi. Kończąc pierwsze 10 km w tym obuwiu byłem prawie pewien, że właśnie wyrzuciłem w błoto blisko 350 zł. Za drugim jednak razem, bodajże dwa dni później, było już lepiej. Nie wiem, może przestałem się tak bardzo koncentrować na nowych butach, a może po prostu zacząłem się przyzwyczajać. Dziś pobiegłem w Altra King MT trzeci raz i te czternaście kilometrów sprawiły, że już nie myślę o powrocie do czegoś miększego, z niezerowym dropem i amortyzacją. Buty w ogóle nie zaprzątały mi głowy. Biegłem po twardym, miękkim, kamieniach, błocie i było mi dobrze. Nic nie bolało ani nie drażniło. Wiem wprawdzie, że te niespełna 40 km to jeszcze za mało, by wystawiać Altrze laurkę, jednak po pierwszych mocno negatywnych odczuciach znów jestem dobrej myśli. Ciekawe, jak będzie dalej.
3

trzynaście

Wspominałem o nich chyba tylko raz w notce numer zero zero dwa z 31 lipca br., ale to mało istotne. Od początku czerwca biegam w butach Hoka One One Challenger ATR 5. Niedługo więc będę je miał sześć miesięcy. W tym czasie zrobiłem w nich ponad 1300 kilometrów. To już jednak ich koniec. Niestety, bo byłem z tych butów bardzo zadowolony.

Na załączonych zdjęciach widać, że nie wytrzymały w jednym miejscu. Gdyby nie to, że kosztują teraz nawet więcej niż dałem za nie w czerwcu, kupiłbym ten sam model. Myślę jednak, że to dobra okazja, by wypróbować inną markę. Ale o tym już przy innej okazji.

dwanaście

Moje szumne zapowiedzi bardziej regularnego sporządzania notatek z biegów okazały się warte tyle samo, co deklaracja zejścia z wagą poniżej siedemdziesięciu kilogramów. Jedno i drugie nie spędza mi wprawdzie snu z powiek, bo nikt tu nie zagląda, a te siedemdziesiąt sześć-siedem kilo, którego się trzymam są jak najbardziej w porządku, tym niemniej wolałbym rzecz jasna być bardziej konsekwentnym. Znam się jednak już na tyle, by stwierdzić, że i tak jest już u mnie pod tym względem całkiem przyzwoicie. Najważniejsze, że biegam i czerpię z tego siłę do tego, by w miarę normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Tutaj również nie zawsze otrzymuję oczekiwane rezultaty, ale jakoś się mieszczę w tak zwanej normie, więc jest w porządku. Ale dość już tych banałów. Czas na konkrety.

We wrześniu biegałem 23 razy pokonując w sumie 232,2 km.
1

W październiku również 23 razy, ale kilometrów zrobiłem trochę więcej, bo 253,2.2

O listopadzie następnym razem. Może nawet uda mi się zebrać i napisać coś przed jego końcem.

Dziś w każdym razie było dość szybko:
3

jedenaście

Gdybym biegał w sposób choćby tylko ćwierćprofesjonalny, miałbym przynajmniej namiastkę programu treningowego. Jakieś cele, założenia, chęć biegania interwałów, gotowość dostosowywania dystansu i tempa do etapu przygotowań do czegoś tam i tak dalej. Szczęśliwie bieganie jest tylko czymś, co utrzymuje moje zdrowie psychiczne we względnej równowadze, więc poza nielicznymi wyjątkami, gdy postanawiam wyjść do ludzi i wystartować w jakichś zawodach, praktycznie nigdy nie działam w sposób zaplanowany.
Tak samo było i dzisiaj, ale wyszło z tego coś, co można od biedy można nazwać treningiem. Walnąłem bowiem bardzo szybkie dziesięć kilometrów. Nieważne, że zdecydowałem, że to właśnie zrobię gdzieś w okolicy trzysetnego metra. Ważne, że od początku do końca tę myśl zrealizowałem.Picture1 Miałem wprawdzie nadzieję, że stać mnie na czas zbliżony do trzech kwadransów, ale i 00:46:49 nie jest złym wynikiem. Zwłaszcza, że miałem na sobie trzykilogramową kamizelkę, zbyt ciepłą bluzę i nie jadłem nic od blisko osiemnastu godzin.
Co tu dużo gadać: jestem z siebie bardzo zadowolony. Tym bardziej, że po wszystkim, gdy już ze trzy czy cztery minuty odsapnąłem, ruszyłem dalej. Znacznie, znacznie wolniej, ale też w przyzwoitym tempie, bo zbliżonym do 05’45” na kilometr. W sumie zrobiłem tych kilometrów dziś piętnaście („dodatkowych” pięć) i gdy teraz sobie o tym myślę, bardzo mi się chce wystartować ponownie rano.
Wolno, ale konsekwentnie dzień za dniem. Powinno się udać.
Picture

zero dziesięć

Dziś drugi dzień z rzędu wybiegłem na tyle wcześnie, by było jeszcze ciemno. Z latarką czołową i ubrany dość lekko, bo nawet o piątej rano jest jeszcze ciepło. Przyjemnie mi się biegło. Już chyba o tym pisałem: czasem lekko drzemię w czasie takich rozbiegań. Oczywiście nie dosłownie, jednak – zwłaszcza z początku – jestem na tyle odłączony od większości bodźców, że ledwie je rejestruje. To bardzo przyjemne uczucie, ale musi przyjść samo, automatycznie. Gdy dostrzegam, że właśnie w taki sposób minęło mi kilka kilometrów, ten stan mija. Taki paradoks, hehe.
Podsumowując: czwartek – start 05:15 – około 11,5 km; piątek – start 04:55 – około 13 km.

A teraz czas przygotować zieloną herbatę do bidonu na jutro albo niedzielę. Ostatnio właśnie ją piję w czasie biegu. Prosto z Chin, sprasowana w kostkę. Lubię.
Picture

zero zero dziewięć

1Wielka Nizina Węgierska to jakieś sto tysięcy kilometrów kwadratowych, z czego mniej więcej połowa leży na terenach współczesnych Węgier. Jest więc ogromna. Powyższego rzecz jasna nie widziałem spędzając tam kolejne wakacje, ale też nie miało to większego znaczenia. W tym roku pierwszy raz jednak zwróciłem uwagę, jak bardzo w okolicy miasteczka Gyula jest płasko. 3Poprzednio biegałem jego uliczkami i dopiero teraz ruszyłem na obrzeża, w plener: nad rzekę Biały Keresz. To właśnie jej wały przemierzyłem kilkakrotnie wczesnymi sierpniowymi porankami i raz wieczorem. W rożne strony. Z nurtem, czyli w kierunku, gdzie łączy się z Kereszem Czarnym tworząc Keresz właściwy, jak i w stronę przeciwną. Zdarzyło mi się też przebiegać przez mosty nad tą rzeką. W tym przez kolejowy, co nie było zbyt mądrym pomysłem. 2
Pewnego poranka leciałem przez niego niespiesznie w ogóle nie myśląc o pociągach i gdy z niego zszedłem, nie minęło piętnaście sekund, a torami przejechała ze sporą prędkością lokomotywa z dwoma wagonami. Tak więc miałem sporo szczęścia. Poza tym jednak było po prostu przyjemnie. Gdybym był tam sam, mógłbym biegać bardzo długo i daleko tymi wałami podziwiając leniwą rzekę i spokojne, barwne krajobrazy.