jeden

Drugi raz w tym roku przekonałem się, że miesiąc przerwy w bieganiu to bardzo dużo. Tyle dokładnie minęło od 24 listopada, gdy w wigilię wybiegłem do lasu. Mżyło, było około 5 stopni. Na ziemi zalegał zdradliwy lód i kałuże. Buty przemoczyłem już na samym początku. Solidne zmęczenie poczułem po czwartym kilometrze. Wątpiłem, czy wytrzymam zaplanowane 7,5 km. Wlokłem się, czasem nawet nie mieszcząc się w 6,5 minutach na kilometr. Ostatecznie zaplanowany dystans przebiegłem w czasie trochę ponad 49 minut. Nie miałem już sił na nic więcej.

Powtórkę zorganizowałem następnego dnia. Aura była podobna. Biegło mi się tak samo ciężko. Pod koniec sądziłem nawet, że tempo miałem jeszcze gorsze. Okazało się jednak, że „poprawiłem” czas o prawie minutę. Niewiele, ale zawsze jakiś postęp.

Trzydniówkę zakończyłem wczoraj. Tym razem pogoda bardziej przypominała początek października niż koniec grudnia. Było naprawdę ciepło. Obawiałem się, czy startując trzeci dzień z rzędu w ogóle podołam. Nie było jednak aż tak źle. Wprawdzie znów goniłem ostatkiem sił, ale i tak całościowo trochę szybciej niż dzień wcześniej. Po siedmiu i pół kilometrach zegarek wskazywał niecałe 48 minut.

Kolejne wyjście planuję na sobotę. Jeżeli tylko nie będzie lało, bo nadal nie potrafię zdobyć się na bieganie w czasie deszczu. Solidnego, bo mżawkę taką, jak w wigilię jakoś zniosę.

zero

Ostatni wpis na stronie lecoureur.wordpress.com jest z dnia ósmego października 2012. Od tamtego czasu biegałem bardzo mało. Było to spowodowane w głównej mierze różnego rodzajami dolegliwościami. Kaszlem, katarem, bólem gardła, lenistwem. Ten ostatni powód wydaje mi się jednak najprawdziwszym. Po prostu się rozpuściłem i byle pretekst powodował, że zostawałem w domu. By jednak utrzymać ciągłość z zapiskami poprzedniego blogu, poniżej sprawozdanie od tamtego czasu do teraz.

20.X – 8500 metrów w 54 min
21.X – 8500 metrów w 51 min

(dalej przerwa aż do pierwszego listopada i ponowne starty, ale ze skróconym dystansem, którego zresztą nadal mam zamiar się trzymać)

01.11 – 6500 metrów w 40 minut
03.11 – 7500 metrów w 45 minut
04.11 – 7500 metrów w 45 minut
08.11 – 7500 metrów w 45 minut
10.11 – 7500 metrów w 45 minut
11.11 – 8000 metrów w 48 minut
15.11 – 7500 metrów w 44 minuty
17.11 – 7500 metrów w 45 minut
18.11 – 8000 metrów w 47 minut
21.11 – 7500 metrów w 44 minuty
24.11 – 7500 metrów w 44 minuty

Od tego czasu nie biegałem, a kolejny już powrót do mam nadzieję regularnych startów planuję na sobotę 22 listopada.

minus jeden

‚Skleroza nie boli, tylko się człowiek nabiega.’  Fajne zdanie, pasuje na wstęp do blogu o bieganiu. Wybrałem je jednak z innego powodu. Bardziej prozaicznego. Takiego mianowicie, że zapomniałem użytego podczas rejestracji maila oraz hasła do strony lecureur.wordpress.com. Tam dotąd zdawałem relacje ze swoich zmagań z kilometrami. Skoro już jednak tak się złożyło, jest teraz okazja, by od  rozpocząć w nowym miejscu. Co z tego będzie, zobaczymy. Pierwsze  wpisy planuję na okres świąteczno-noworoczny lub styczeń 2013.  Na razie uzupełnie te niedokończone.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.

Staram się przypomnieć sobie, kiedy dokładnie zacząłem biegać. Pamiętam, że palenie rzuciłem  na początku października 2008.  Jednak był to dopiero wstęp, ale jeszcze nie początek  biegów. Prawie na pewno przed końcem tamtego roku nie wystartowałem. Myślę, że zacząłem około kwietnia-maja 2009. Dystansem 1500 metrów, często połączonym z podchodzeniem, pokonywanym w czasie ponad 12 minut. To akurat pamietam dokładnie. Takich wyjść było góra dziesięć, a raczej bliżej pięciu. Na pewno w lipcu 2009 już nie biegałem. Przerwa trwała do maja?, czerwca?, lipca? 2010? Raczej nie dłużej, ale nie potrafię teraz dokładnie tego określić. Musiałem biegać latem, bo jesienią zdecydowałem się na zakup abonamentu na siłownie, gdzie w listopadzie korzystałem z bieżni. Grudzień 2010 to kolejna przerwa i z tego co wnioskuję ze szczątkowych notatek, za początek reguralnego biegania najlepiej będzie uznać styczeń 2011.