sześć

Niespodziewania miałem we wtorek więcej czasu i mogłem pozwolić sobie na bieganie. Pogoda nie była zbyt przyjemna. Padał mokry śnieg i wiał zimny, przenikliwy wiatr. Dodatkowo było ślisko i mokro. Jednak nie mam co narzekać, 8050 metrów przebiegłem w 49,5 min., czyli w czasie mieszczącym się mojej aktualnej normie. Ponownie (znów „odrabiając” sobotę, bo prawdopodobnie nie będę miał wtedy możliwości) wyskoczyłem do lasu wczoraj. Dla odmiany nie padł śnieg, ale za to temperatura osiągała minus pięć stopni. Do mniej więcej trzeciego kilometra było mi zimno, później myślałem już tylko, jak tu nie poślizgnąć sie na zmarzniętym śniegu. Jak można się więc domyslić, nie przebierałem nogami zbyt szybko. Na taki sam dystans, jak we wtorek potrzebowałem minutę więcej.

pięć

Siódmy tydzień tego roku rozpocząłem w środę tradycyjnym już dystansem 8000 m. Z małym hakiem, bo dokładniej było to 8160 m w 50 minut. Kolejny start przełożyłem z soboty na piątek, bo wiedziałem, że w sobotę mogę mieć problem ze znalezioeniem czasu. Tym razem przebiegłem 8040 metrów również w 50 minut. W niedzielę postanowiłem trochę urozmaicić trasę. Po drugim kilometrze odbiłem w lewo na 150-cio metrowy podbieg, którego dzień wcześniej użyłem wracając do „podkęcenia” dystansu do 8 km. Tym razem jednak nie zawróciłem, ale poleciałem dalej po nowym dla mnie (biegowo) terenie. Było bardzo przyjemnie, ale niestety trochę zabłądziłem. Gdy pojawiłem się przy drodze szybkiego ruchu musiałem biec wzdłuż niej ponad kilometr, by odbić do lasu w znanym mi miejscu. Wiedziałem już, że nadrobię kilka kilometrów, ale nie przeszkadzało mi to specjalnie. Biegło mi się lekko i przyjemnie. Ostatecznie gps wskazał pod domem trochę ponad 11 km i godzinę z ośmioma minutami. Czułem się dobrze, a bynajmniej nie słaniałem się ze zmęczenia. Myślę, że mógłbym teraz podnieść dystans do 10 km 3 razy w tygodniu, ale jeszcze się z tym wstrzymam. Na wszystko przyjedzie czas. Powoli.

cztery

Przymierzałem się do biegania w środę 06.02, później w czwartek. Za każdym razem coś stawało na przeszkodzie. W piątek stwierdziłem, że teraz już pozostaje mi zaczekać do soboty i tym samym znów ograniczyć się do dwóch wyjść w tygodniu. Jakoś jednak się zebrałem i wystartowałem przed weekendem. Było warto, bo bardzo przyjemnie i lekko mi to poszło. Na 8 km potrzebowałem niecałe 49 minut. W sobotę było podobnie, czas jednak był odrobinę gorszy, o około minutę. W niedzielę pobiegłem trzeci dzień z rzędu i również nie miałem powodów do narzekań. 8 km w 51 minut to niezły czas, gdy weźmie się pod uwagę, że nigdzie mi się nie spieszyło. Następny start planuję na dzisiaj lub czwartek czternastego.

trzy

Styczeń okazał się niezbyt intensywny. Biegałem jeszcze tylko 12-tego, 13-tego i 20-tego. Każdorazowo 7,5 km w czasie około 45-47 minut. Nie wiem, jaki będzie luty, ale przynajmniej na razie zapowiada się nieźle. W sobotę przebiegłem 8100 m. w 51 minut. Przy czterech stopniach na plusie, głównie po błocie, w lekkim deszczu i lodzie zalegającym w miejscach, gdzie z powodu drzew słońce słabo dociera.
Lepiej było następnego dnia. Temperatura spadła nieznacznie poniżej zera, pruszył lekki śnieg. Byłem odprężony i spokojny. Swobodnie i z przyjemnością pokonałem 8 km w 49,5 minut. Kolejne wyjście w środę lub w czwartek. Takie przynajmniej mam plany.