dwadzieścia cztery

Rzadko mam okazję pisać o swoich osiągnięcach. Przynajmniej tych, które obiektywnie można by było takimi nazwać. Nie startuję w zawodach, nie mam ambicji przebiec maratonu, z nikim się nie porównuję. Wystarcza mi nieustające zdziwienie, że ciągle jeszcze mam chęci i co jeszcze bardziej zdumiewające, często udaje mi się wystartować również wtedy, gdy wszystko mówi mi, żeby zostać w domu. Wczorajszy start można chyba jednak nazwać małym sukcesem. Bardzo mi się nie chciało, ale gdy już ruszyłem, było ponadprzeciętnie. 10600 metrów zrobiłem w 1 godz. i 43 sekudny. Daje to 5,43 minut średnio na kilometr. Teraz, sprawdzając czas każdego kilometra widzę, że spokojnie mogło być to 30-45 sekund mniej. Gdybym się postarał wiedząc, że tak dobrze mi idzie. Nie sprawdzałem jednak międzyczasów po prostu ciesząc się z czystej przyjemności biegania. Następny start jutro, w piątek lub w sobotę.

 

 

 

dwadzieścia trzy

We wtorek 18.06 było duszno i gorąco. Wystartowałem o 18:20 sądząc, że o tej porze powinno się już lżej oddychać. Myliłem się. Zmęczyłem się bardzo, ale czas na mecie okazał się nienajgorszy. 9,5 km zajęło mi 57 minut. Kolejne wyjście wypadło dopiero w sobotę. Dla odmiany rano, przed dziewiątą. Na niebie widać było chmury i dzięki temu powietrze było w miarę rześkie. Na pewno biegło się lepiej niż we wtorek. Na standardowe 9,5 km potrzebowałem 55,5 minuty. Wczoraj, w niedzielę, myślałem że już nie pójdę biegać. Było tak gorąco, że odechciewało się wszystkiego. Wymyśliłem jednak, że mogę skrócić dystans i pobiec 5 km. Tak też zrobiłem. Na 5100 metrów potrzebowałem 28 min. i 20 sekund. Biorąc pod uwagę temperaturę oraz to, że jakieś 35-40% trasy było dość strome, jest to chyba całkiem niezły rezultat.

dwadzieścia dwa

W minionym tygodniu biegałem tylko dwa razy: wczoraj i przedwczoraj. W niedzielę poszło mi (dosłownie) bardzo słabo. Nie potrafiłem wykrzesać sił i utrzymać stałego, w miarę dobrego tempa. Dzień wcześniej, w sobotę, było trochę lepiej, ale tygodniowa przerwa dawała znać o sobie. W tych dnia przebiegłem podobny dystans około 9500 metrów, w sobotę z czasem 57 min. 20 sek., a wczoraj o minutę dłuższym. Tydzień wcześniej, w sobotę ósmego czerwca zrobiłem 9500 metrów w niecałe 57 minut. Przy okazji jazdy na rowerze zmierzyłem moją stałą trasę. Wyszło mi równe 9600 metrów. Przyjmuję więc, że nic nie skracając, niezależnie od wskazań GPS, pokonuję dystans 9,5 km.

dwadzieścia jeden

Maj zamknął się w dziesięciu startach i dystansie 96 kilometrów. To trochę mniej niż zakładałem, ale jak najbardziej w normie. Ostatnie biegi tego miesiąca to 9600 metrów 23 maja, 10200 metrów z czasem 59 i 50,5 minuty odpowiednio 25 i 26 maja oraz 9800 metrów w ponad 59 minut podczas dusznej, przedburzowej pogody 30 maja.
Czerwiec rozpocząłem niezbyt udanym startem w poniedziałek. Znów było ciężko oddychać, ulewa wisiała w powietrzu i bardzo się zmęczyłem. Z trudem przebiegłem 9400 metrów w blisko 55 minut. Natmiast wczoraj aura była idealna. Chłodno, pochmurno, leciutka mżawka.  9800 metrów zajęło mi 56 min. 45 sekund. Czułem,  że mam siły na sporo więcej.