trzydzieści

W środę 17 lipca wystartowałem około 13:00 i było bardzo duszno.  Bieg dokończyłem z trudem, lało się ze mnie ciurkiem. 9,5 km zajęło mi trochę ponad 56 imnut. Nieźle, jak na te warunki. W sobotę ruszyłem przed 11:00 i było w miarę znośnie. Lekkie zachmurzenie, trochę wiatru. Biegło mi się znakomicie. Znów ten sam dystans pokonałem w 54 min. i 24 sek. Wczoraj natomiast znów było gorąco. Co ciekawe, nie odczuwałem tego specjalnie, chociaż sądziłem, że biegnę wolno. Pod domem okazało się, że miałem praktycznie identyczny czas jak w sobotę. Jeżeli nic mi nie wypadnie, następny bieg jutro.

 

dwadzieścia dziewięć

W niedzielę wystartowałem około ósmej rano i po niecałym kilometrze stwierdziłem, że nie mam siły i dziś nie pobiegam. Nie zrobiłem tego jednak zakładając, że zawróce po 2,5 kilometrach. Jednak w stosownym momencie znów się na to nie zdecydowałem uznając, że zrezygnuję z jednego kółka w lesie i zamiast standardowych 9,5 km ograniczę się do 7,5. Pewnie tak własnie by się stało, gdyby nie to, że w pewnym momencie niespodziewanie „się zapomniałem”… Złapałem właściwy rytm, który objawia się przede wszystkim tym, że nie myślę „ile jeszcze do końca”, ale poddaję się trasie czerpiąc odbieraną gdzieś obok świadomości przyjemność z samego biegu. Czasem, powiedzmy 6 na 10 razy się to udaje. Nie zależy to od moich intencji. Musi przyjść samo od siebie. Tak właśnie było w niedzielę. W poniedziałek zresztą stało się podobnie, choć nie miałem już takich dylematów związanych z zawracaniem. Znów po prostu biegłem i w pewnej chwili złapałem właściwy rytm, przełączając się na zupełne, lekko odrealnione odprężenie. Było to bardzo przyjemne. Czasy również miałem niezłe. 9,5 km w niedzielę zajęło mi 55 min. i 26 sek., a w dzień później 54 min. i 22 sekundy. Kolejny start prawdopodobnie w środę.

dwadzieścia osiem

Biegnąc wczoraj czułem, że brakuje mi sił, że wyczerpałem już swoje możliwości. Kryzys dopadł mnie około ósmego kilometra. Upał, duchota i ogólnie przeciętne samopoczucie skumulowały się sprawiając, że miałem szczerze dość. Dziwię się, że nie przeszedłem na chód. Gdy wreszcie udało mi się dolecieć pod dom, GPS wskazywał 9340 metrów w 56 min. i 5 sek. Faktycznie więc było to trochę więcej i to we wcale niezłym czasie. A byłem pewien, że przekroczyłem godzinę o przynajmniej miniutę.

dwadzieścia siedem

W czwartek czwartego lipca zmieniłem trochę trasę. Na szóstym kilometrze odbiłem w drugą stronę licząc, że i tak dobiegnę do ostatniej prostej, tylko inaczej. Okazało się jedna, że w miejscu, gdzie zakładałem przekroczenie drogi, nie jest to możliwe i musiałem zawrócić. Skończyło się tym, że zrobiłem około pół kilometra więcej. Dziesięć kilometrów zajęło mi godzinę i 40 sekund.

Następne bieganie miało miejsce w górach, w okolicach Goleszowa. Piszę „góry”, ale tak naprawdę było to zwykłe bieganie po dość płaskim terenie. Przyjemne, bo po pustych, wiejskich dróżkach wcześnie rano w niedzielę. Było na tyle miło, że przebiegłem więcej niż zazwyczaj, 11,5 km. Kończąc miałem zapas się na przynajmniej 2 kolejne.

Wczoraj wahałem się, czy nie przełożyć startu na wieczór, bo około południa było bardzo gorąco. Wiem jednak, że ciężko jest mi się tak późno zmobilizować. Dlatego też ostatecznie ruszyłem przed trzynastą, bez oglądania się na pogodę. Wyszło całkiem nieźle. Dziewięć i pół kilometra w 56 i pół minuty. Jeżeli nic mi nie wypadnie, dzisiaj kolejne bieganie.

dwadzieścia sześć

Było gorąco jak cholera, ale zdecydowałem się na bieganie. Po całym dniu w pracy, spowodowanym  koniecznością odpowiadania na spływający do skrzynki pocztowej spam administracyjny lataniu po urzędach, potrzebowałem odprężenia. Tak więc po powrocie do domu szybko się przebrałem i wyskoczyłem do lasu. Na szczęście tam było trochę cienia. Nie forsowałem się jednak ani trochę, po prostu biegłem swoim tempem. Po 9,5 kilometrach czułem, że jeszcze kilkaset metrów, a musiałbym się poddać. Staram się nie biegać do takiego wyczerpania, ale tak akurat wyszło z powodu pogody. Ważne, że dałem radę. Dziś chyba ponownie spróbuję.

dwadzieścia pięć

Rzutem na taśmę udało mi się przekroczyć w lipcu 100 km. O jeden kilometr, ale zawsze coś. A tak poważnie, to nie zależało mi na tym specjalnie, tak po prostu wyszło. W sobotę i niedzielę miałem szczęście się trafić w lukę między kolejnymi opadami deszczu i tym sposobem dołożyłem kolejne 19 km. W sobotę w czasie 56 minut, dzień później w minutę krótszym. Co ciekawe wczoraj GPS pokazał dokładnie 9500 metrów, a to nieczęsto się zdarza 🙂

Podsumowanie pierwszej połowy 2013 (w zaokragleniu):

544 km
54,5 godziny
90 km na miesiąc

Ogólnie – po fatalnym początku na razie jestem całkiem zadowolony.