trzydzieści pięć

Dziś jest w piątek, a mam już „zaliczone” trzy starty z rzędu. We wtorek było to 10 km, a w środę i czwartek równe 9,5 km. Za pierwszym i drugim razem średni czas jednego kilometra wyniósł 5 min. 47 sek., wczoraj było to 5 min. 50 sek. Być może będę bigał jeszcze w sobotę i niedzielę, ale to okaże się później.

 

trzydzieści cztery

Odmiana. I to diametralna. Pierwszy raz od pobytu w Bułgarii w 2010 biegłem plażą. Tym razem jednak w Polsce, w Mikoszewie. Brzegiem morza ponad 5 z 11 km. Nie ściągałem butów, więc było różnie. Czasem łatwo, po twardym od fal brzegu, momentami ciężej, gdy z powodu wody trzeba była przeskakiwać na miękki piasek. Nie sprzyjało to trzymaniu równego tempa, ale też nie to było najważniejsze. Sama przyjemność biegania w takim miejscu jest nie do przecenienia. Coś pięknego. Zazdroszczę tym którzy mogą codziennie biegać wzdłuż szumiącego morza. Cała trasa – około 11200 metrów – zajęła mi 71 minut. W tym, to ciekawe, bo się tego nie spodziewałem, drugi kilometr przebiegłem w 4 min. 44 sek. Teraz czas na powrót w śląskie lasy. Myślę, że dziś pobiegam.

 

Trasa nadmorskiego biegu:

morze

trzydzieści trzy

Teraz podsumowanie bardzo świężego biegu sprzed około pięciu godzin oraz sobotniego z siódmej rano. Dziś było ciepło, ale nie gorąco. Ruszając nie wiedziałem, czego mam się spodziewać. Takie właśnie mocno obojętne nastawienie towarzyszyło mi przez całą trasę. I było to przyjemne. Nie odczuwałem zmęczenia. Po 9,6 km został mi jeszcze spory zapas sił. Dystans ten zajął mi 55 min. i 42 sek. W sobotę było jeszcze lepiej. Po fatalnym stracie ze środy, gdy upał dał mi się bardzo we znaki, pogoda sprzyjała. Lekko mżyło, temperatura nie przekraczała piętnastu stopni. Czułem, że mogę dużo i tak faktycznie było. Nie rozpędzałem się zbytnio, w sumie z nudów tylko dobijając do 11 km. Mogłem dużo więcej, pewnie nawet i 20 spokojnie by stuknęło. Nie skusiłem się jednak. 11 km w 63 min. mi wystarczyło.

 

trzydzieści dwa

W radiu trąbią, że dzisiaj ma być najgoretszy dzień tego lata, ale nawet jeśli, wczoraj nie mogło być specjalnie chłodniej. W taką pogodę wybrałem się biegać prawie w samo południe (12:17). Z początku nie było najgorzej. Ot, duszno i tyle. Krzys zaczął się od piątego kiloemtra, a nasilił po siódmym. Wtedy miałem już szczery zamiar zatrzymać się, złapać oddech i wrócić piechotą do domu. Zwycięzyło jednak lenistwo… Tak, przerażała mnie myśl, że mam iść w tym upale 🙂 Dlatego też jakoś doczłapałem. I co najdziwniejsze, w nienajgorszym czasie. 9300 metrów (wystartowałem kawałek dalej niż zazwyczaj) zajęło mi 56 min i 10 sekund. A sądziłem, że przekroczyłem godzinę.

trzydzieści jeden

Najpierw podsumowanie lipca: Biegałem 12 razy. Ostatnie starty to 26 i 28 tego miesiąca. Łącznie zrobiłem około 116 km w mniej więcej 11,5 godziny. Biorąc pod uwagę, jakie zdarzały się upały, jestem z tego rezultatu bardzo zadowolony.

Sierpień rozpocząłem w południe drugiego. Było ciężko, gorąco, ale wyszło nienajgorzej. 9500 m w 55 min. 19 sec. Następnego dnia zdążyłem przed upałem, ale biegłem wolniej. W sumie nie wiem dlaczego. 9700 m w 54 min. 48. sek. W niedzielę sobie odpuściłem i ruszyłem wczoraj, znów w samo południe. Mimo gorąca biegło mi się wyśmienice. Zdziwiłem się nawet bardzo widząc, że standardowe 9500 metrów zajęło mi w tych warunkach tylko 54 min. i 48 sek. Kolejny bieg planuję w środę.