sześćdziesiąt siedem

Gdyby ktoś czytał ten blog i na dodatek jeszcze obchodziłyby go te zdawkowe wpisy, mógłby się zastanawiać, dlaczego od blisko miesiąca nie ma nowej notki. Ponieważ jednak jestem wolny od czytelników, tylko dla własnej informacji spieszę wyjaśnić, że złapałem kontuzję kolana. Dotkliwą i bolesną. Pomogło dopiero całe opakowanie Olfenu, a i tak nie mam pewności, czy nie zlikwidowałem tylko skutków… Później, gdy już noga przestała mi doskwierać, przyplątało się zapalenie krtani. Tym prostym sposobem wypadło mi z kalendarza biegowego blisko 30 dni. Dopiero dziś – pełen obaw, bo dawno już nie miałem tak długiej przerwy – nieśmiało ruszyłem do lasu. I było pięknie. Lekko, miło i przyjemnie. Wprawdzie na wszelki wypadek przebiegłem dwa kilometry mniej niż zazwyczaj, ale to chyba dobrze, że raz na ruski rok udaje mi się zachować rozsądek i chuchać na zimne… No, nieważne. Istotne, że jutro poprawka. I oby znów biegać regularnie. W tę i z powrotem, w tę i z powrotem. Sam. Wolny. Boże, dziękuje, że dałeś mi bieganie. Bez niego mój autystyczny świat byłby niekompletny.