dziewięćdziesiąt dwa

Zamieć. I pełno śniegu z nocy. W takich warunkach pobiegłem dziś rano. Było ciężko. Przedzieranie się przez te zaspy i dodatkowo zmaganie z sypiącym w twarz śniegiem męczyło. Dawało jednak też satysfakcję. Nie z tempa, ale samego faktu zmierzenia się z taką pogodą. Tak więc, choć 11 km zajęło mi prawie 5 min. więcej niż zazwyczaj, jestem z tego startu bardzo zadowolony.

dziewięćdziesiąt jeden

Minął prawie miesiąc od ostatniego wpisu. Tak to jest, gdy nie ma się smartfona. Trzeba się logować i w ogóle podchodzić do komputera… A tak poważniej, to po prostu mi się nie chciało. Odkładałem kolejny wpis i odkładałem. Sam nie wiem, jak to się stało, że teraz wreszcie się do tego zabrałem. Jednak, pomimo tego, że mam co opisywać – poza tym przydługim wstępem – będzie mocno skrótowo:

W styczniu biegałem jeszcze: 12, 13,14, 15, 17, 19, 20, 21, 22, 24, 26, 27, 28, 29, 31. Łącznie zrobiłem 232,3 km ze średnim tempem na kilometr 5’08”.

W lutym natomiast biegałem dotąd trzy razy. Drugiego, trzeciego i piątego, czyli dzisiaj. Łącznie 33,3 km w 5’17” na kilometr. Tempo mam mocno przeciętne, ale jest bardzo ślisko lub nogi zapadają się w śniegu, a poza tym boli mnie trochę lewe biodro. Mam nadzieję, że to nic poważnego.