sto szesnaście

Bieg z 30 lipca 2015

Bieg z 30 lipca 2015

Miałem biegać we wtorek i środę, ale po pierwsze trudno było mi się zebrać, a po drugie trochę spraw trzeba było załatwić. Dlatego też dałem sobie spokój i ruszyłem dopiero dzisiaj. Wstałem przed piątą i pół godziny później ruszyłem. Było dość chłodno, ale w powietrzu czuć już było zbliżający się upał. Pierwsze dwa i pół kilometra przebiegłem normalnie, ale nie skręciłem jak zawsze w leśną ścieżkę, tylko poleciałem prosto. Bardziej obrzeżami lasu i dalej odbiłem też w przeciwną niż zazwyczaj stronę, by robić inne, krótsze kółka. Za to w miejscu, gdzie prawdopodobieństwo natknięcia się na lochę z młodymi jest mniejsze. Taką przynajmniej mam nadzieję, choć to nadal teren leśny, nie da się ukryć…
Zmiana ta nie miała większego wpływu na dystans. Zrobiłem 13,13 km w bardzo dobrym tempie, bo 04’52”/km. Pomimo tego, że wcześnie i na czczo poruszałem się dziś bardzo szybko. Jednak nie to jest najważniejsze. Istotne, że cały bieg był przyjemnością, a teraz czuję się wyśmienicie. Kolejny start prawdopodobnie jutro.

sto piętnaście

Dziś wreszcie biegłem wyspany. Wstałem wprawdzie przed 05:00 z zamiarem wyruszenia do lasu, ale zdecydowałem, że jeszcze poleżę. Ostatecznie ruszyłem się z łóżka po 07:00. Przed 08:00 zjadłem śniadanie, odczekałem dwie godziny i wystartowałem o 10:00. Od początku czułem, że idzie mi nieźle. Dopisywała też pogoda – było dość chłodno i lekko kropił deszcz. Przez cały bieg nie patrzyłem na zegarek. Gdy kończyłem, okazało się, że znów się zawiesił. Po dziesiątym kilometrze. Ostatnie trzy zliczył łącznie tak, jak gdyby był to jeden, który zajął mi blisko piętnaście minut… Skasowałem więc ten start z nike plus i dodałem go ręcznie. Poniżej przedstawiam czasy z kolejnych kilometrów. Pierwsze okazał się być najszybszym ze wszystkich moich startów ogółem: 04’16”.

1 4,16
2 4,48
3 4,51
4 5,02
5 4,57
6 4,48
7 4,51
8 4,54
9 4,47
10 4,52
11 4,58 11,12 i 13 uśrednione – błąd GPS
12 4,58
13 4,58

sto czternaście

Akademia Pana Kleksa – obok Wielkiego Szu – to jeden z najlepszych polskich filmów. No dobra „Akademia…” jest polsko-radziecka, ale po co o tym wspominać? Ważne, że dobrze pamiętam fabułę, bo widziałem pierwszą część Kleksa pewnie z dziesięć razy. Piszę o tym teraz, gdyż dziś swoją obecnością w lesie spłoszyłem trzy młode dziki. To było gdzieś na trzecim kilometrze, a więc około 05:30… Gdy wypadłem zza zakrętu one – w odległości około trzydziestu metrów ode mnie – poderwały się do ucieczki. Ja też. W końcu jasne było, że skoro są małe, to matka z pewnością też będzie w pobliżu. A ponieważ – jak każdemu fanowi wierszy Brzechwy i „Akademii…” wiadomo – „kto spotyka w lesie dzika, ten na drzewo zaraz zmyka” – doskoczyłem do pierwszej gałęzi, którą udało mi się dosięgnąć i (nie bez trudu) się podciągnąłem. W tej męczącej pozycji odczekałem chwilę i pobiegłem dalej, ale już w przeciwną stronę. Zmieniłem też trasę tak, by jednak na wszelki wypadek omijać las. Miałem wcześniej sporo szczęścia i wolałem kolejny raz nie ryzykować.
Zastanawiam się też teraz, co zrobić, bo nie chciałbym zrezygnować z porannego biegania. Byłoby niefajnie, gdyby jakaś locha mi tę przyjemność odebrała 😉

sto trzynaście

goryZnów się zastanawiam, czy powinienem napisać, że w piątek i sobotę biegałem po górach, czy raczej „w górach”. Różnicę widzę tak, że w pierwszym przypadku byłoby to poruszanie się po trasach typowo górskich, a w drugim tylko w terenie nominalnie zaliczanym do np. Podbeskidzia. Zdaje się, że to jednak niepotrzebne dzielenie włosa na czworo, więc sobie daruję. Istotne, że faktycznie były to góry i choć droga była głównie asfaltowa, to przebywałem na wysokości około 450 m.n.p.m. i jednak zaliczyłem kilka ostrych podbiegów. W piątek wystartowałem o szóstej rano i zrobiłem około 14 km, a w sobotę ruszyłem dwadzieścia minut wcześniej i pokonałem mniej więcej półtora kilometra mniej. To dlatego, że za drugim razem trasa okazała się być znacznie trudniejsza – długi i ostry podbieg około piątego kilometra dał mi się mocno we znaki i prawie mnie pokonał… Tempo na tym odcinku spadło mi do 05’45”/km. Średnio w piątek i sobotę tempo wyniosło około 05’15”/km i byłoby lepsze, gdyby pierwszego dnia GPS nie przestał zliczać odległość na trzynastym kilometrze, co dopiero kończąc bieg zauważyłem.
Podsumowując jestem z tych biegów całkiem zadowolony, bo były niezłym urozmaiceniem, a poza tym zwyczajnie bardzo lubię góry. Kolejny start (już w domu) pewnie we wtorek. Na razie jeszcze odpoczywam.

sto dwanaście

opopopZaspałem. Miałem biegać o piątej, a pospałem do siódmej trzydzieści. Nie szkodzi. Upałów nie ma, a poza tym dzięki temu, trafiłem na piękny deszcz. Gdy ruszyłem o ósmej jeszcze nie padało, ale za chwilę zaczęła się mżawka. Całkiem przyjemna, jednak najlepsze było dopiero przede mną. Konkretnie lunęło gdzieś w trzydziestej minucie biegu. Od razu przemokłem i jak zwykle było mi z tym dobrze. Po godzinie miałem za sobą blisko dwanaście kilometrów i chociaż chciałem na tym poprzestać, był tak przyjemnie, że zdecydowałem się dociągnąć do trzynastu. Zresztą dziś trzynasty, więc wręcz wypadało 😉
Zakończyło się tak: 01:04.59. 13,10 km. 04’57”/km.

sto jedenaście

drzewaWybiegłem z domu kilka minut przed piątą. Było pochmurno i w sumie zanosiło się na deszcz. Sądziłem jednak, że jeżeli nawet się rozpada, to nie tak szybko. Gdy po kilometrze wbiegłem do lasu, zrobiło się bardzo ciemno. Zaczęło też mocno wiać i lunęło. Nie powiem, czułem się trochę dziwnie sam wśród tych wszystkich drzew, w półmroku, przy zawodzącym wietrze. Początkowo nie zmokłem zbytnio, ale wpadając na mniej zalesiony odcinek wiedziałem, że zaraz nie będę miał miał na sobie nic suchego. Tak też się stało. Choć zaświtała mi przez moment myśl, by zawrócić do domu, bo przecież mogę na przykład dostać w głowę gałęzią, na szczęście tego nie zrobiłem. Na szczęście, gdyż cała ta aura sprawiła, że bieg był niesamowicie intrygujący. Gdy kończyłem go po trzynastu kilometrach, zaczęło się przejaśniać. Trafiłem więc idealnie w samo centrum burzy. Było warto.