sto trzydzieści cztery

Wstając dziś przez szóstą rano wiedziałem tylko tyle, że zaplanowałem bieg. Pozbierałem się i po kilkunastu minutach ruszyłem. W zupełnie innym kierunku niż zazwyczaj. Przyjemną trasą wzdłuż lasu, ale także wzdłuż drogi. Cały czas asfaltem w każdym razie. Najpierw chciałem zawrócić po 7,5 km żeby zrobić 15. Ostatecznie dołożyłem jeszcze blisko trzy zanim ruszyłem znów w stronę domu. Gdy zegarek pokazał trochę ponad 20, rozładował się… Sięgnąłem więc po telefon i navime gps tracker. Okazało się, że go nie włączyłem. Zdziebko mnie to zdenerwowało, ale naprawdę minimalnie. Uznałem jednak, że to znak, by wracać i zrezygnowałem z dokręcania do 25, a taka myśl od pewnego czasu kołatała mi w głowie. Trudno jest mi więc powiedzieć, ile kilometrów faktycznie zrobiłem, ale sądzę, że trochę ponad 22, może nawet 23. Tempo też miałem raczej niezłe, około 05’25”/km. Istotne, że te dwie godziny z samym sobą ani przez moment mi się nie dłużyły.

 

sto trzydzieści trzy

W poprzednim wpisie nie wspomniałem, że zrobiliśmy wczoraj blisko 23 km. To wprawdzie bez znaczenia głównie z tego powodu, że trudno było nazwać tę aktywność biegiem, ale faktem jest, że nasze nogi musiały ten dystans odmierzyć. Schowek01Dlatego dzisiaj miałem pewne wątpliwości, czy powinienem biegać. Ponieważ jednak nic specjalnie mnie nie bolało, trudno było mi znaleźć powód do pozostania w domu. Więc gdy już powiedziałem A, czyli się przygotowałem do wyjścia, od razu dodałem B, które w tym przypadku oznaczało start w samo południe, czyli w największe upały.
No i nie było lekko, nie tylko ze względu na słońce. Zmęczenie z poprzedniego dnia dało szybko o sobie znać i nie potrafiłem się zbytnio rozpędzić. Tak się jednak w tym truchtaniu zapomniałem, że ostatecznie nieświadomie i niechcący dołożyłem sobie jeszcze jedną pętle w lesie i 13 km zamieniło się w 15. Zorientowałem się zerkając na zegarek pod sam koniec… W sumie dobrze, choć teraz już czuję, jak bardzo jestem osłabiony.

sto trzydzieści dwa

Wczorajszy dzień był bardzo ważny. Można więc powiedzieć, że okazał się być przełomowym w mojej krótkiej „karierze” biegacza. Miałem bowiem okazję – dzięki przyjacielowi Rafałowi – pierwszy raz pobiec tak naprawdę w górach.
jksljlkjedenPiszę „naprawdę”, bo te górskie biegi, które dotąd zaliczyłem, okazały się być czymś zupełnie innym od tego, co podjęciem biegania górskiego należałoby rozumieć. Do wczoraj sądziłem bowiem, że bieganie po górach tym różni się od biegania na przykład po lesie, że jest bardziej stromo i wyżej nad poziomem morza. Samo podłoże jednak, choć niekoniecznie asfaltowe, jest podobnie wygodne i przyjemne. Nic bardziej mylnego. Jasne, można biegać po górach tak jak ja wcześniej trzy czy cztery razy robiłem trzymając się utartych, wygodnych ścieżek lub wręcz dróg samochodowych, ale jednak nie na tym to polega.
IMG_20160722_150540_1Przekonałem się o tym, gdy ruszyliśmy na Skrzyczne. Po pierwszych trzech kilometrach miałem już dość. Stromo, wąsko, usuwające się spod nóg kamienie. I tak cały czas. Bez przerw na odpoczynek, nieustannie uważając, by nie skręcić nogi. W zasadzie więcej idąc niż biegnąc… Wreszcie jest, szczyt. Zbiegamy. Niby łatwiej, ale strach przed połamaniem nóg każe zwolnić. Znów wszystkie mięśnie pracują. Jest, na dole. koniec. Niespełna 15 km, a ja czuję się jak gdybym przebiegł przynajmniej dwa razy tyle…
To jednak jest najmniej ważne. Istotniejsze, że runęły w gruzach moje wyobrażenia, że dość brutalnie sprowadzono mnie na ziemię.
Na pewno dobrze, że tak się stało.  Pytanie, co z tą wiedzą teraz zrobię. Dzisiaj, dzień po, wyspany odpowiadam: chcę tego znowu, muszę jeszcze raz spróbować. Nie jest zatem chyba aż tak źle, jak wczoraj sądziłem. Ciekawe tylko, czy faktycznie wystarczy mi charakteru, by ponownie zmierzyć się biegowo z górskim szlakiem. Powinno, bo widoki są zachętą, którą trudno zignorować.

 

sto trzydzieści jeden

Znów sporo czasu minęło od ostatniego wpisu. Nie wiem, może tym razem będę potrafił uzupełniać te zapiski regularniej. Na razie trzymam się tego na Twitterze. Właśnie z Twittera pochodzić będzie część informacji o moich”perypetiach” z butami biegowymi.

1. Od początku biegam w butach Saucony. Najpierw były to Saucony ProGrid Ride3. Takie, jak na zdjęciu poniżej:
progridride3
2. Później przyszedł czas na Saucony Kinvara TR.
kinvaratr
3. W następnej kolejności byłby dwie pary Saucony Kinvara TR2.

Te dwie były idealne. Sądziłem, że nie ma dla mnie lepszych butów. Ponieważ jednak firma Saucony przestała je produkować, bardzo ciężko jest je dostać. Zdecydowałem więc, że kupię „zwykłe” Saucony Kinvara. Sądziłem, że powinny być podobne. Wybór padł na te:

Okazało się jednak, że są dla mnie zbyt miękkie. Sprzedałem je na allegro i poszukiwania zacząłem od nowa. Wreszcie zdecydowałem, że tym razem nie będą to Saucony. Poświęciłem dużo czasu na wybór i wreszcie znalazłem but – przynajmniej w teorii – najbardziej zbliżony do – Saucony Kinvara TR2.

Faktycznie, wizualnie – patrząc na podeszwę – zdawały się odpowiadać moim wymaganiom. Niestety, były za duże. Rozmiar 44 w tej marce to aż 10,5US. Potrzebowałem 10US. Tamte zwróciłem. Udało mi się znaleźć odpowiednio mniejsze, na dodatek ładniejsze, czarno-zielone.

Te wreszcie pasowały idealnie.

W ten oto sposób nie biegam już w butach Saucony porzucając te firmę na rzecz Inov-8. Cóź, skoro z niezrozumiałych dla mnie powodów Saucony zrezygnowała z produkcji modelu Kinvara TR2. Nie miałem więc wyjścia. I teraz nie żałuję, mówiąc szczerze.