zero zero siedem

Minęło sporo więcej niż tydzień od mojego poprzedniego wpisu. Jest jednak okres wakacyjny, a ja ponad tydzień byłem na Węgrzech i zwyczajnie nie chciało mi się włączać komputera. Komórki zresztą też. Dzięki temu całkiem nieźle odpocząłem. Nie od biegania oczywiście, bo bieganie samo w sobie jest wypoczynkiem.
Zanim jednak napiszę trochę więcej o trasach Wielkiej Niziny Węgierskiej, na zakończenie tej notki zapis z… koszenia trawy w ogródku.
Dwa kilometry, pięćdziesiąt minut. Średnia prędkość 2,4 km/h i 323 spalonych kcal (-:

koszenie

 

sto pięćdziesiąt siedem

W piątek trzynastego miałem nie biegać. Nie z powodu daty, bo nie przejmuję się takimi bzdurami, ale zwyczajnie byłem zmęczony. Pomyślałem jednak, że się przejdę i to był całkiem dobry pomysł.
luuuNastępnego dnia już pobiegłem w przeciętnym tempie. Dystans taki, jak zazwyczaj.
W niedzielę znów chciałem się tylko przejść, ale po mniej więcej kilometrze przeszedłem do truchtu.
Dzisiaj, czyli w poniedziałek, podobnie, choć już od początku dreptałem sobie bardzo wolno. Trochę mnie to irytuje, gdy pomyślę, jak słaby wychodzi wtedy czas, ale z drugiej strony z nikim się przecież nie ścigam, a dzięki temu mam niskie tętno. A zdaje się, że wtedy spala się także lepiej tłuszcz.
Myślę, że będę częściej uprawiał takie ślamazarne przebieżki.

sto czterdzieści pięć

Długo zabierałem się do napisania podsumowania marca i wreszcie się udało. Zanim przejdę jednak do konkretów wspomnę, że od 03 kwietnia poruszam się w nowych butach. Są to również Inov-8, ale już nie RaceUltra270, a Roclite290. W tych pierwszych zrobiłem blisko 1500 km w  niespełna 9 miesięcy.
Tutaj krótkie podsumowanie z Twittera:

buty2
A poniżej zdjęcie tych butów po jednym z biegów:

buty
Wracając jednak do bilansu minionego miesiąca: Było to najintensywniejsze trzydzieści jeden biegowych dni w mojej dotychczasowej karierze. Jednak, dla porządku, z ogólnej liczby kilometrów należałoby wyodrębnić te, kiedy szedłem. Myślę, że jakieś 25% z ogólnego dystansu to właśnie chód. Zatem, choć w sumie miałem w nogach 336 km, to do przebiegniętych zaliczyć mogę z tego około 250 kilometrów. To i tak sporo, więc mam powody do zadowolenia. Zwłaszcza, że od pierwszego marca biegam lub chodzę codziennie.
Dziś mamy trzynasty kwietnia i w tym miesiącu wyrobiłem już blisko 160 km. Tym samym łącznie, od 01.03, jest ich już prawie pięćset. Dużo. Kiedy przerwę tę serię jeszcze nie wiem. Samo się okaże.

 

sto czterdzieści dwa

Mam powód do zadowolenia. Gdy wyszedłem dziś biegać, miałem od razu zawrócić i położyć się spać. Tak bardzo mi się nie chciało. Nie wiem jak udało mi się tego nie zrobić. Początek był ciężki, a dalej niestety też szło mi nieszczególnie. W lesie praktycznie nie dało się biec. Musiałem nie tylko iść, ale też bardzo ostrożnie stawiać każdy krok. Topniejący lód tworzył śliską, zdradliwą warstwę, której but nie chciał się trzymać.

Tym sposobem jakieś czterdzieści procent trasy przemierzyłem bardzo powolnym krokiem. zdecydowanie powinienem omijać las, czas przestać tylko o tym mówić…
Kończąc: zrobiłem 11 kilometrów w 71 minut. Nieźle, gdy weźmie się pod uwagę, że miałem zostać w domu.

dwdw3

sto trzydzieści osiem

Na jego początku pisałem, że ten rok nie zaczął się dobrze. Teraz, w ostatni dzień stycznia, mogę to poprawić i stwierdzić, że jak na razie jest to najdziwniejszy okres w mojej „biegowej karierze”. Powód jest prosty. Więcej chodzę niż biegam. Mimo to zrobiłem blisko dwieście kilometrów. Jasne, odbiło się to mocno na średnim tempie, ale niespecjalnie się tym przejmuję. Istotne jest tylko to, że wracam do formy, którą straciłem z bardzo prostego powodu: przytyłem. Jakieś dziesięć procent w stosunku do mojej dotychczasowej średniej wagi. Przełożyło się to błyskawicznie na wyniki i ogólne zmęczenie. Nie wiem jeszcze, jak będzie w lutym, jednak nie sądzę, by miesiąc ten różnił się jakoś specjalnie od dzisiaj się kończącego.

 

sto trzydzieści siedem

Ten rok nie zaczął się dobrze. Ruszyłem drugiego stycznia. 13,06 km. 01:11:51. Średnie tempo 05:30. Nienajgorzej, ale na początku piątego kilometra, przeskakując barierkę energochłonną przy drodze, przewróciłem się. Na kolana i dłonie. Mało brakowało, a uderzyłbym twarzą w asfalt. Chciałem zawrócić, jednak po chwili stwierdziłem, że dam radę. Faktycznie, nie przeliczyłem się. Później jednak trochę utykałem. Bolały mnie kolana i ręce. Następnego dnia zostałem więc w domu, a czwartego stycznia pomyślałem, że zamiast biegać pójdę na spacer. Tą samą trasą, ale krócej. Okazało się, że to całkiem przyjemna forma aktywności. Zwłaszcza, że jest naprawdę zimno. Ostatnimi czasy temperatura w ciągu dnia spadała nawet do minus piętnastu stopni. Tak więc, po części ze względu na drobną kontuzję, a po części z powodu aury, zacząłem chodzić. Dotąd czwartego, piątego, szóstego, siódmego i ósmego stycznia, czyli codziennie. Wymyśliłem nawet, że w dni, gdy nie biegam, będę chodzić. Pewnie nie uda się to tak do końca, ale nie szkodzi spróbować. Dziś również powinienem ruszyć.