zero zero dwa

Ruszyłem o dziesiątej. Przebiegłem może pół kilometra i zaczęło padać. Mocno. W tle grzmiało. Ani trochę mi to nie przeszkadzało, bo już wpadłem do lasu, a on zawsze dobrze na mnie działa. Biegłem swoje, miarowo. Ciesząc się, że zebrałem się nim lunęło, bo pewnie wymyśliłbym kilka – oczywiście racjonalnych – powodów by zostać w domu. A tak mogłem się cieszyć błotem i ociekającymi wodą drzewami.
IMG_20190731_150217Nigdzie się nie spieszyłem; odpuściłem sobie nawet zerkanie na (bardzo przecież nowy) zegarek. W trochę ponad 70 minut przebiegłem jakieś 12,5 kilometra. Podobnie zatem jak wczoraj. Wróciłem kompletnie przemoczony, ale zadowolony.
Ciekawe, jaka jutro będzie pogoda.

sto czterdzieści sześć

Jutro mija miesiąc od ostatniego wpisu, więc to całkiem niezła okazja, by pokusić się o małe podsumowanie kwietnia oraz tego, co wydarzyło się w maju.
Zatem kolejno:
Na pewno nie można nazwać mnie sprinterem. Biegam coraz wolniej, a przynajmniej częściej nigdzie się nie spieszę, tylko miarowo przemierzam kolejne kilometry. Trudno stwierdzić, czy to dobra taktyka, ale sądząc z dystansu, na pewno przekłada się to odległość. Ta w kwietniu wyniosła 310 kilometrów.
Poniżej pełniejsze zestawienie:

biegkwicieb

Maj również rozpocząłem całkiem żwawo.
Najpierw jednak krótko o nowym nabytku, czyli zegarku z pulsometrem.
To TomTom Runner 3 Cardio:

tomtom

Bez wdawania się w szczegóły, jestem z niego bardzo zadowolony.

A wracając do bieżącego miesiąca…
Na teraz mam w nogach 149 kilometrów. Najwięcej dołożyłem dzisiaj, bo aż 25. Tak ładnie padało, a szum lasu koił, że nie mogłem przestać, choć początkowo zakładałem, że będę biegał przez 90 minut.

Poniżej zrzuty z ekranu aplikacji TomTom:

To tyle na teraz.
Ciekawe, kiedy napiszę tu coś znowu 🙂

 

 

sto czterdzieści dwa

Mam powód do zadowolenia. Gdy wyszedłem dziś biegać, miałem od razu zawrócić i położyć się spać. Tak bardzo mi się nie chciało. Nie wiem jak udało mi się tego nie zrobić. Początek był ciężki, a dalej niestety też szło mi nieszczególnie. W lesie praktycznie nie dało się biec. Musiałem nie tylko iść, ale też bardzo ostrożnie stawiać każdy krok. Topniejący lód tworzył śliską, zdradliwą warstwę, której but nie chciał się trzymać.

Tym sposobem jakieś czterdzieści procent trasy przemierzyłem bardzo powolnym krokiem. zdecydowanie powinienem omijać las, czas przestać tylko o tym mówić…
Kończąc: zrobiłem 11 kilometrów w 71 minut. Nieźle, gdy weźmie się pod uwagę, że miałem zostać w domu.

dwdw3

sto dwanaście

opopopZaspałem. Miałem biegać o piątej, a pospałem do siódmej trzydzieści. Nie szkodzi. Upałów nie ma, a poza tym dzięki temu, trafiłem na piękny deszcz. Gdy ruszyłem o ósmej jeszcze nie padało, ale za chwilę zaczęła się mżawka. Całkiem przyjemna, jednak najlepsze było dopiero przede mną. Konkretnie lunęło gdzieś w trzydziestej minucie biegu. Od razu przemokłem i jak zwykle było mi z tym dobrze. Po godzinie miałem za sobą blisko dwanaście kilometrów i chociaż chciałem na tym poprzestać, był tak przyjemnie, że zdecydowałem się dociągnąć do trzynastu. Zresztą dziś trzynasty, więc wręcz wypadało 😉
Zakończyło się tak: 01:04.59. 13,10 km. 04’57”/km.