dwanaście

Moje szumne zapowiedzi bardziej regularnego sporządzania notatek z biegów okazały się warte tyle samo, co deklaracja zejścia z wagą poniżej siedemdziesięciu kilogramów. Jedno i drugie nie spędza mi wprawdzie snu z powiek, bo nikt tu nie zagląda, a te siedemdziesiąt sześć-siedem kilo, którego się trzymam są jak najbardziej w porządku, tym niemniej wolałbym rzecz jasna być bardziej konsekwentnym. Znam się jednak już na tyle, by stwierdzić, że i tak jest już u mnie pod tym względem całkiem przyzwoicie. Najważniejsze, że biegam i czerpię z tego siłę do tego, by w miarę normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Tutaj również nie zawsze otrzymuję oczekiwane rezultaty, ale jakoś się mieszczę w tak zwanej normie, więc jest w porządku. Ale dość już tych banałów. Czas na konkrety.

We wrześniu biegałem 23 razy pokonując w sumie 232,2 km.
1

W październiku również 23 razy, ale kilometrów zrobiłem trochę więcej, bo 253,2.2

O listopadzie następnym razem. Może nawet uda mi się zebrać i napisać coś przed jego końcem.

Dziś w każdym razie było dość szybko:
3

sto pięćdziesiąt siedem

W piątek trzynastego miałem nie biegać. Nie z powodu daty, bo nie przejmuję się takimi bzdurami, ale zwyczajnie byłem zmęczony. Pomyślałem jednak, że się przejdę i to był całkiem dobry pomysł.
luuuNastępnego dnia już pobiegłem w przeciętnym tempie. Dystans taki, jak zazwyczaj.
W niedzielę znów chciałem się tylko przejść, ale po mniej więcej kilometrze przeszedłem do truchtu.
Dzisiaj, czyli w poniedziałek, podobnie, choć już od początku dreptałem sobie bardzo wolno. Trochę mnie to irytuje, gdy pomyślę, jak słaby wychodzi wtedy czas, ale z drugiej strony z nikim się przecież nie ścigam, a dzięki temu mam niskie tętno. A zdaje się, że wtedy spala się także lepiej tłuszcz.
Myślę, że będę częściej uprawiał takie ślamazarne przebieżki.

sto pięćdziesiąt sześć

Dziś testowałem łąkotkę.
Mniej intensywnie sprawdzam ją od dłuższego czasu, chciałem się jednak wreszcie przekonać, jak sobie poradzi na jakimś dłuższym wybieganiu. Skończyło się na dystansie dwudziestu dwóch kilometrów, głównie lasem. Asfalt stanowił w tym góra piętnaście procent.
Najbardziej bałem się zbiegów, jednak i na nich kolano grzecznie zginało się w tę i z powrotem.
Mogę stwierdzić, że przez cały trening ani przez moment nie poczułem, że coś jest nie tak i powinienem sobie odpuścić. Co przy tym ważne, wcale się jakoś przesadnie nie wlokłem. Średnie tempo wyszło na poziomie pięciu minut i trzydziestu sześciu sekund na kilometr, a więc przyzwoicie.
oooo
tired
Ponadto, pomijając już wszystkie inne kwestie, biegło mi się po prostu rewelacyjnie. Piękny, jesienny las, do tego trochę wiatru i słońca. Nie nudziłem się sam ze sobą ani przez chwilę. Właśnie dzięki temu wiedziałem do samego końca, że potrafię dziś wykręcić sporo więcej. Odpuściłem, bo uznałem, że to rozsądne (he,he) ale w sumie i tak dołożyłem nieplanowane dwa kilometry.

Podsumowując: z łąkotką nie jest idealnie. Nadal boli, gdy mocno zegnę nogę w kolanie, ale mimo wszystko da się biegać i to całkiem spore dystanse.

Rzecz jasna obawiam się, że to mogą być tylko pozory, jednak tu już brakuje mi rozumu, by przedsięwziąć jakieś oczywiste dla mądrzejszych ode mnie kroki 😀

 

 

osiemdziesiąt siedem

Biegałem w czwartek, w sobotę i dzisiaj. W czwartek była jeszcze „wiosna”. Dodatnia temperatura, słońce. Wizualnie i odczuwalnie bardziej koniec marca niż grudnia. Zaliczyłem 12 km ze średnią 5 minut na każdy kilometr. Dwa dni później, w sobotę, temperatura spadła do blisko dziesięciu stopni poniżej zera i zrobiło się naprawdę chłodno. Wszystko zamarzło i mało uczęszczane drogi, którymi biegam poza lasem, były śliskie. Dreptałem żeby się nie wywrócić. Prawie się udało, bo pod domem konkretnie się wywaliłem. Centralnie, prawym bokiem, aż bidon poleciał gdzieś daleko. Szczęśliwie nic mi się nie stało i choć bolało, spokojnie dobiegłem do domu. Dziś natomiast mogłem wreszcie sprawdzić, jak Kinvara TR2 sprawdzają się na śniegu. Zdały egzamin zapewniając dobrą przyczepność. To jednak detal, bo najważniejsza była sama przyjemność z poruszania się w takiej aurze. Coś pięknego. Wyśmienicie się w trakcie tych jedenastu kilometrów zrelaksowałem. Następny start jutro lub we wtorek.

28.XII.2014

28.XII.2014

28.XII.2014

28.XII.2014

osiemdziesiąt sześć

Dzisiaj wigilia. Wychodząc jednak na zewnątrz można odnieść wrażenie, że to Wielkanoc. Słońce, plus dziesięć stopni. Taka pogoda bywa przecież w marcu lub kwietniu. Ale przecież przyjemnie było pobiegać we wiosennej aurze w grudniu… Ubrałem się w sam raz, nie było mi za gorąco. Wystartowałem z zamiarem zrobienia 12-13 kilometrów. Dlatego też zmodyfikowałem trochę stałą trasę. Na tyle skutecznie, że pod domem zabrakło niewiele by zaliczyć równy dystans 15 km. Miałem na to wystarczająco dużo sił. Mocno się zdziwiłem – nie sprawdzałem tego podczas biegu – że średnia na każdy kilometr wyszła niecałe 5 minut. Fajnie.

Spokojnych Świąt!

 

osiemdziesiąt pięć

Lało i wiało. Kobiety patrzyły się na mnie z niedowierzaniem i niepokojem, gdy zacząłem przebierać się do biegu. Sam starałem się nie myśleć o aurze. Ubrałem się dość ciepło i ruszyłem. Nie minęło 15 minut, gdy się rozpogodziło, a ja poczułem, że jest mi zdecydowanie za gorąco. Męczyłem się tak ponad połowę trasy i wreszcie ściągnąłem wierzchnią bluzę. Od razu zrobiło mi się lepiej. Odżyłem i tak dobiegłem do jedenastego kilometra. Wolno, ale przynajmniej nie do końca wyczerpany z powodu zbyt grubego stroju.

osiemdziesiąt trzy

Piątek był dla mnie ciężkim dniem. Miałem dużo spraw na głowie. Przytłaczały mnie i męczyły. Gdy więc nadszedł wieczór pomyślałem, że w sobotę mógłbym spróbować pobiegać dłużej i dalej. Powiedzmy 15 km. Gdy więc następnego dnia ruszyłem, właśnie taki dystans zaplanowałem. Nie wiedziałem jednak, jaką trasę wybrać. Czy wykręcić więcej kółek w lesie, czy może pobiec gdzieś przed siebie. Wybrałem ten drugi wariant. Pod koniec szóstego kilometra odbiłem w przeciwną niż zazwyczaj stronę. Przez drogę, dalej lasem, wzdłuż torów kolejowych, drogą, chodnikiem, znowu lasem. Przed siebie. Wreszcie pod domem miałem za sobą 19 km. Aż żal było nie dociągnąć do półmaratonu. Gdy ten zaliczyłem, miałem jeszcze dość siły, by pokusić się na 25 km. Udało się bez większego problemu. Co ważne, nie było to maksimum moich możliwości. Nie słaniałem się na nogach, oddychałem spokojnie, nic mnie nie bolało. Jasne, byłem zmęczony, jednak nie dużo bardziej niż zwykle. Całość zajęła mi 2 godziny 8 minut i 37 sekund. Półmaraton 1 godzinę 46 minut i 36 sekund. Dało to średnią 5 minut i 8 sekund na każdy kilometr.

IMG_4091

 

 

 

 

 

 

 

W niedzielę zrobiłem sobie wolne, a dziś dość lekko przebiegłem 11 kilometrów w 54 minuty i 57 sekund.

 

osiemdziesiąt dwa

Dzisiaj były trzy stopnie na plusie. W porównaniu z wczorajszym mrozem wręcz ciepło. Dobrze, że obrałem się odpowiednio. Dzięki temu się nie przegrzałem i bez zniechęcenia mogłem trzymać równe tempo. Średnie na każdy z jedenastu kilometrów wyniosło 05’01”. Jeszcze nie wiem, ale może jutro piąty start w z rzędu.

osiemdziesiąt jeden

Dzisiaj rano było minus sześć stopni. Gdy zacząłem bieg, musiał być już trochę cieplej, jednak nadal poniżej zera. Pięknie to wszystko wyglądało takie oszronione. Choć niestety nie udało mi się zupełnie wyłączyć, to jednak wypada mi ten start zaliczyć do całkiem udanych. 11 km w 55 min. i 36 sekund. Poniżej zdjęcie z trasy, ale nie wyszło najlepiej. Robiąc je mogłem się jednak na moment zatrzymać.

101214

osiemdziesiąt

Było mroźno. Tak jak lubię. Wymarzona pogoda do biegania. Z czapką naciągniętą na uszy ruszyłem deptać kilometry. Bardzo przyjemnie się je dziś przyduszało. Szkoda tylko, że w pewnym momencie przyszło mi do głowy, by zdjąć rękawiczki. Moja prawa dłoń znów wygląda, jak przejechana tarką. Bezmyślność kosztuje.