sto pięćdziesiąt pięć

Z łąkotką nie jest tak dobrze, jak chciałbym i wyobrażałem sobie, że być może. Niewykluczone, że będzie mi doskwierać cały czas. Chyba, że zrobię artroskopię, a przed tym bronię się rękami i nogami. Ale nic to. Na razie jakoś funkcjonuję. Także biegowo. Wymyśliłem jednak, że trzeba koniecznie odciążyć kolano. Na dwa sposoby: zrzucając wagę i przesiadając się na buty z bardzo dużą amortyzacją.

Ponieważ to pierwsze wymaga czasu i – poza dietą – właśnie biegania,  od wczoraj jestem posiadaczem maksymalistycznych Hoka One One Vanquish 2.

Dziś je wypróbowałem. I tak jak zawsze biegałem wyłącznie w butach z małą amortyzacją i dropem maks 4 mm, tak po tej pierwszej próbie mogę powiedzieć, że wcale nie jest tak źle, jak się spodziewałem. Buty są bardzo wygodne, lekkie, dobrze dopasowane. Wystartowałem w nich ostro, bo pierwszy kilometr wykręciłem w tempie sporo poniżej pięciu minut, a później też było nienajgorzej. Ostatecznie przebiegnięcie 10,04 km zajęło mi 54 minuty i 1 sekundę. Nie ma jednak nic za darmo. Tętno przez cały czas było zbyt duże i tak naprawdę mogłem sobie odpuścić. Jestem w końcu bez formy…

Czy buty się sprawdziły? Za wcześnie, by to stwierdzić. Myślę jednak, że w tej sytuacji to dobry kierunek.

sto pięćdziesiąt cztery

Podsumowanie lipca i sierpnia.
W lipcu pięć biegów i pięćdziesiąt dwa kilometry.
W sierpniu cztery biegi i trzydzieści kilometrów.

lakotka
A poza tym:
Łękotka
Mówi się łąkotka
Przez ą
OK, więc łąkotka
I jeszcze raz łąkotka
Jest już lepiej, chyba mniej boli
Znowu boli
Nie mogę zginać kolana
Rezonans?
Artroskopia?
Rehabilitacja?
Nie!
Jest już lepiej
Gorzej
Lepiej
Dam sobie spokój z bieganiem
Zacząć już?
Nie, jeszcze poczekam
Do września
Tak
Albo dobra, jeden dzień nie robi już różnicy
Ruszę ostatniego dnia wakacji
Strasznie wolno, ale chyba w porządku.
Łąkotko, jest OK?

sto pięćdziesiąt trzy

Dwudziestego czwartego lub piątego czerwca zachciało mi się grać w piłkę. Z rodzicami innych dzieci ze szkółki mojego syna. I coś zabolało mnie w kolanie. Mimo to, po grze, pobiegłem do domu. Następnego dnia kolano spuchło, nie potrafiłem kucnąć. Zrobiłem sobie przerwę w bieganiu i trzydziestego czerwca ruszyłem asfaltem, ale w górach. Ponad osiemnaście kilometrów.

njdnjd

Po wszystkim trochę kolano pobolało, jednak nie było źle. Dzień przerwy i ponad szesnaście kilometrów w podobnym, górskim terenie. Znów lekki ból, do zniesienia.

Na wszelki wypadek tydzień przerwy i całkiem udany bieg. Następnego dnia kolejny i… kontuzja odnowiona. Taki sam ból. Załamka. Wizyta u ortopedy i okazuje się, że to łąkotka. Niedobrze. Jeszcze nie wiadomo, co dalej, ale przerwa w bieganiu trwa. Przynajmniej do końca lipca. Co będzie później, zobaczymy.

sto trzydzieści siedem

Ten rok nie zaczął się dobrze. Ruszyłem drugiego stycznia. 13,06 km. 01:11:51. Średnie tempo 05:30. Nienajgorzej, ale na początku piątego kilometra, przeskakując barierkę energochłonną przy drodze, przewróciłem się. Na kolana i dłonie. Mało brakowało, a uderzyłbym twarzą w asfalt. Chciałem zawrócić, jednak po chwili stwierdziłem, że dam radę. Faktycznie, nie przeliczyłem się. Później jednak trochę utykałem. Bolały mnie kolana i ręce. Następnego dnia zostałem więc w domu, a czwartego stycznia pomyślałem, że zamiast biegać pójdę na spacer. Tą samą trasą, ale krócej. Okazało się, że to całkiem przyjemna forma aktywności. Zwłaszcza, że jest naprawdę zimno. Ostatnimi czasy temperatura w ciągu dnia spadała nawet do minus piętnastu stopni. Tak więc, po części ze względu na drobną kontuzję, a po części z powodu aury, zacząłem chodzić. Dotąd czwartego, piątego, szóstego, siódmego i ósmego stycznia, czyli codziennie. Wymyśliłem nawet, że w dni, gdy nie biegam, będę chodzić. Pewnie nie uda się to tak do końca, ale nie szkodzi spróbować. Dziś również powinienem ruszyć.

dziewięćdziesiąt siedem

Akurat mam chwilę na chociaż częściowe uzupełnienie wpisów. Od ósmego lutego do końca tego miesiąca.
W tym okresie biegałem jeszcze tylko:

1. 14.02 – 11 km, 5’23”
2. 15.02 – 11 km, 5’30”
3. 17.02 – 11 km, 5’22”
4. 18.02 – 11 km, 5’28”

Taka mała ilość biegów oraz słabe czasy były spowodowane zarówno pogodą (śnieg, lód, bardzo ślisko), jak i kontuzją. Biegając w takich warunkach, gdzie bardzo ostrożnie musiałem stawiać każdy krok, coś sobie nadwyrężyłem. Zaczęło mnie boleć lewe biodro i kolano. Pisałem o tym na twitterze:

Tak więc luty zakończyłem z takim wynikiem:

luty

dziewięćdziesiąt jeden

Minął prawie miesiąc od ostatniego wpisu. Tak to jest, gdy nie ma się smartfona. Trzeba się logować i w ogóle podchodzić do komputera… A tak poważniej, to po prostu mi się nie chciało. Odkładałem kolejny wpis i odkładałem. Sam nie wiem, jak to się stało, że teraz wreszcie się do tego zabrałem. Jednak, pomimo tego, że mam co opisywać – poza tym przydługim wstępem – będzie mocno skrótowo:

W styczniu biegałem jeszcze: 12, 13,14, 15, 17, 19, 20, 21, 22, 24, 26, 27, 28, 29, 31. Łącznie zrobiłem 232,3 km ze średnim tempem na kilometr 5’08”.

W lutym natomiast biegałem dotąd trzy razy. Drugiego, trzeciego i piątego, czyli dzisiaj. Łącznie 33,3 km w 5’17” na kilometr. Tempo mam mocno przeciętne, ale jest bardzo ślisko lub nogi zapadają się w śniegu, a poza tym boli mnie trochę lewe biodro. Mam nadzieję, że to nic poważnego.

osiemdziesiąt siedem

Biegałem w czwartek, w sobotę i dzisiaj. W czwartek była jeszcze „wiosna”. Dodatnia temperatura, słońce. Wizualnie i odczuwalnie bardziej koniec marca niż grudnia. Zaliczyłem 12 km ze średnią 5 minut na każdy kilometr. Dwa dni później, w sobotę, temperatura spadła do blisko dziesięciu stopni poniżej zera i zrobiło się naprawdę chłodno. Wszystko zamarzło i mało uczęszczane drogi, którymi biegam poza lasem, były śliskie. Dreptałem żeby się nie wywrócić. Prawie się udało, bo pod domem konkretnie się wywaliłem. Centralnie, prawym bokiem, aż bidon poleciał gdzieś daleko. Szczęśliwie nic mi się nie stało i choć bolało, spokojnie dobiegłem do domu. Dziś natomiast mogłem wreszcie sprawdzić, jak Kinvara TR2 sprawdzają się na śniegu. Zdały egzamin zapewniając dobrą przyczepność. To jednak detal, bo najważniejsza była sama przyjemność z poruszania się w takiej aurze. Coś pięknego. Wyśmienicie się w trakcie tych jedenastu kilometrów zrelaksowałem. Następny start jutro lub we wtorek.

28.XII.2014

28.XII.2014

28.XII.2014

28.XII.2014

osiemdziesiąt

Było mroźno. Tak jak lubię. Wymarzona pogoda do biegania. Z czapką naciągniętą na uszy ruszyłem deptać kilometry. Bardzo przyjemnie się je dziś przyduszało. Szkoda tylko, że w pewnym momencie przyszło mi do głowy, by zdjąć rękawiczki. Moja prawa dłoń znów wygląda, jak przejechana tarką. Bezmyślność kosztuje.

sześćdziesiąt osiem

Niby wróciłem do regularnego biegania, ale… Z moim kolanem nie jest idealnie. Cały czas czuję lekki ból. Wprawdzie zmniejsza się on po kilkuset metrach, jednak trudno mówić, że to coś normalnego. Skróciłem dystans, zmniejszyłem tempo. Nie, nie tak. Tempo samo spadło, a dalszych wybiegań się boję. Owszem, jest w miarę dobrze, ale lekki niepokój mnie nie opuszcza. Mam nadzieję, że się nie pogorszy. A na razie wklejam tabelkę z dotychczasowymi rezultatami z kwietnia.

biegi, rezultaty, dystans, czas

biegi, rezultaty, dystans, czas

sześćdziesiąt siedem

Gdyby ktoś czytał ten blog i na dodatek jeszcze obchodziłyby go te zdawkowe wpisy, mógłby się zastanawiać, dlaczego od blisko miesiąca nie ma nowej notki. Ponieważ jednak jestem wolny od czytelników, tylko dla własnej informacji spieszę wyjaśnić, że złapałem kontuzję kolana. Dotkliwą i bolesną. Pomogło dopiero całe opakowanie Olfenu, a i tak nie mam pewności, czy nie zlikwidowałem tylko skutków… Później, gdy już noga przestała mi doskwierać, przyplątało się zapalenie krtani. Tym prostym sposobem wypadło mi z kalendarza biegowego blisko 30 dni. Dopiero dziś – pełen obaw, bo dawno już nie miałem tak długiej przerwy – nieśmiało ruszyłem do lasu. I było pięknie. Lekko, miło i przyjemnie. Wprawdzie na wszelki wypadek przebiegłem dwa kilometry mniej niż zazwyczaj, ale to chyba dobrze, że raz na ruski rok udaje mi się zachować rozsądek i chuchać na zimne… No, nieważne. Istotne, że jutro poprawka. I oby znów biegać regularnie. W tę i z powrotem, w tę i z powrotem. Sam. Wolny. Boże, dziękuje, że dałeś mi bieganie. Bez niego mój autystyczny świat byłby niekompletny.