szesnaście

Moje deklaracje zamieszczania tu regularnie wpisów nie mają żadnej wartości. Widocznie nie potrafię tego zmienić. Trudno.
Jest już dwudziesty pierwszy dzień lutego, a ja nie podsumowałem nawet minionego roku. Od tego więc dziś zacznę.
Dwa tysiące czterysta dwadzieścia cztery kilometry, czyli średnio sto jeden kilometrów miesięcznie i sześć i sześć dziesiątych dziennie.
Nie jest to jakiś porywający wynik, ale co z tego? Ważne, że biegałem w miarę regularnie i obyło się bez specjalnych kontuzji.
Rok bieżący zacząłem bardzo niemrawo. W styczniu równe sto, a w lutym jak dotąd dwanaście wyjść i sto dwadzieścia dziewięć kilometrów. Jest więc jakaś poprawa w porównaniu z poprzednim miesiącem.
Co więcej? Nic. Nie mam formy. Ledwie człapię. Ale człapię. I to jest najważniejsze.

dwanaście

Moje szumne zapowiedzi bardziej regularnego sporządzania notatek z biegów okazały się warte tyle samo, co deklaracja zejścia z wagą poniżej siedemdziesięciu kilogramów. Jedno i drugie nie spędza mi wprawdzie snu z powiek, bo nikt tu nie zagląda, a te siedemdziesiąt sześć-siedem kilo, którego się trzymam są jak najbardziej w porządku, tym niemniej wolałbym rzecz jasna być bardziej konsekwentnym. Znam się jednak już na tyle, by stwierdzić, że i tak jest już u mnie pod tym względem całkiem przyzwoicie. Najważniejsze, że biegam i czerpię z tego siłę do tego, by w miarę normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Tutaj również nie zawsze otrzymuję oczekiwane rezultaty, ale jakoś się mieszczę w tak zwanej normie, więc jest w porządku. Ale dość już tych banałów. Czas na konkrety.

We wrześniu biegałem 23 razy pokonując w sumie 232,2 km.
1

W październiku również 23 razy, ale kilometrów zrobiłem trochę więcej, bo 253,2.2

O listopadzie następnym razem. Może nawet uda mi się zebrać i napisać coś przed jego końcem.

Dziś w każdym razie było dość szybko:
3

jedenaście

Gdybym biegał w sposób choćby tylko ćwierćprofesjonalny, miałbym przynajmniej namiastkę programu treningowego. Jakieś cele, założenia, chęć biegania interwałów, gotowość dostosowywania dystansu i tempa do etapu przygotowań do czegoś tam i tak dalej. Szczęśliwie bieganie jest tylko czymś, co utrzymuje moje zdrowie psychiczne we względnej równowadze, więc poza nielicznymi wyjątkami, gdy postanawiam wyjść do ludzi i wystartować w jakichś zawodach, praktycznie nigdy nie działam w sposób zaplanowany.
Tak samo było i dzisiaj, ale wyszło z tego coś, co można od biedy można nazwać treningiem. Walnąłem bowiem bardzo szybkie dziesięć kilometrów. Nieważne, że zdecydowałem, że to właśnie zrobię gdzieś w okolicy trzysetnego metra. Ważne, że od początku do końca tę myśl zrealizowałem.Picture1 Miałem wprawdzie nadzieję, że stać mnie na czas zbliżony do trzech kwadransów, ale i 00:46:49 nie jest złym wynikiem. Zwłaszcza, że miałem na sobie trzykilogramową kamizelkę, zbyt ciepłą bluzę i nie jadłem nic od blisko osiemnastu godzin.
Co tu dużo gadać: jestem z siebie bardzo zadowolony. Tym bardziej, że po wszystkim, gdy już ze trzy czy cztery minuty odsapnąłem, ruszyłem dalej. Znacznie, znacznie wolniej, ale też w przyzwoitym tempie, bo zbliżonym do 05’45” na kilometr. W sumie zrobiłem tych kilometrów dziś piętnaście („dodatkowych” pięć) i gdy teraz sobie o tym myślę, bardzo mi się chce wystartować ponownie rano.
Wolno, ale konsekwentnie dzień za dniem. Powinno się udać.
Picture

zero dziesięć

Dziś drugi dzień z rzędu wybiegłem na tyle wcześnie, by było jeszcze ciemno. Z latarką czołową i ubrany dość lekko, bo nawet o piątej rano jest jeszcze ciepło. Przyjemnie mi się biegło. Już chyba o tym pisałem: czasem lekko drzemię w czasie takich rozbiegań. Oczywiście nie dosłownie, jednak – zwłaszcza z początku – jestem na tyle odłączony od większości bodźców, że ledwie je rejestruje. To bardzo przyjemne uczucie, ale musi przyjść samo, automatycznie. Gdy dostrzegam, że właśnie w taki sposób minęło mi kilka kilometrów, ten stan mija. Taki paradoks, hehe.
Podsumowując: czwartek – start 05:15 – około 11,5 km; piątek – start 04:55 – około 13 km.

A teraz czas przygotować zieloną herbatę do bidonu na jutro albo niedzielę. Ostatnio właśnie ją piję w czasie biegu. Prosto z Chin, sprasowana w kostkę. Lubię.
Picture

zero zero dziewięć

1Wielka Nizina Węgierska to jakieś sto tysięcy kilometrów kwadratowych, z czego mniej więcej połowa leży na terenach współczesnych Węgier. Jest więc ogromna. Powyższego rzecz jasna nie widziałem spędzając tam kolejne wakacje, ale też nie miało to większego znaczenia. W tym roku pierwszy raz jednak zwróciłem uwagę, jak bardzo w okolicy miasteczka Gyula jest płasko. 3Poprzednio biegałem jego uliczkami i dopiero teraz ruszyłem na obrzeża, w plener: nad rzekę Biały Keresz. To właśnie jej wały przemierzyłem kilkakrotnie wczesnymi sierpniowymi porankami i raz wieczorem. W rożne strony. Z nurtem, czyli w kierunku, gdzie łączy się z Kereszem Czarnym tworząc Keresz właściwy, jak i w stronę przeciwną. Zdarzyło mi się też przebiegać przez mosty nad tą rzeką. W tym przez kolejowy, co nie było zbyt mądrym pomysłem. 2
Pewnego poranka leciałem przez niego niespiesznie w ogóle nie myśląc o pociągach i gdy z niego zszedłem, nie minęło piętnaście sekund, a torami przejechała ze sporą prędkością lokomotywa z dwoma wagonami. Tak więc miałem sporo szczęścia. Poza tym jednak było po prostu przyjemnie. Gdybym był tam sam, mógłbym biegać bardzo długo i daleko tymi wałami podziwiając leniwą rzekę i spokojne, barwne krajobrazy.

zero zero osiem

Właśnie wróciłem z pierwszego w tym miesiącu biegu. Niezbyt szybkiego, ale za to – że się tak wyrażę – sycącego. Ponad szesnaście kilometrów rozpoczęte o piątej dwadzieścia dwa, gdy na dworze jest jeszcze ciemno, nie mogło nie być udane.
Nie spieszyłem się, tylko spokojnie wbijałem się w kolejne leśne ścieżki, z których tylko część jest mi dobrze znana. Nie planowałem, ile kilometrów chcę zrobić, choć wiedziałem, że na pewno będzie to więcej niż dziesięć. Takie założenie w zupełności wystarczyło. Zbytnie komplikowanie spraw prostych zawsze przeszkadza.
Picture

Teraz, jeszcze przed prysznicem, choć już rozebrany, cieszę się tym leniwym spokojem, który dają tylko dobrze odmierzone kilometry w ciszy lasu, o nieludzkiej dla niektórych (na szczęście nie dla mnie) – zwłaszcza w taki dzień jak niedziela – porze.

zero zero pięć

Świeżo zakupiony zegarek Polar Vantage M naładowałem do pełna we wtorek około 16:00. Od tego momentu nie zdejmowałem go z nadgarstka pozostawiając cały czas włączoną funkcję pomiaru tętna. Dodatkowo przebiegłem z nim blisko pięć godzin z włączonym GPS. IMG_20190803_044928O ładowanie upomniał się w piątek po ostatnim, czwartym, składającym się na te niespełna pięć godzin aktywności starcie. Nie wiem, ile jeszcze by wytrzymał, ale wtedy była dziesiąta, zatem upłynęły niespełna trzy doby: mniej więcej 72 godziny. Myślę, że to całkiem niezły rezultat.

Wstałem dziś kilka minut po trzeciej. Nakarmiłem i pogłaskałem kota, umyłem się, przebrałem, przelałem do bidonu przygotowaną dzień wcześniej czerwoną herbatę i po ponownym ściągnięciu kota z kolan wyruszyłem. Z czołówką na głowie, bo było jeszcze ciemno. Dreptałem równo, powoli. Bardzo starałem się nie spieszyć, co wcale nie jest takie łatwe. Dziś jednak wychodziło mi to całkiem dobrze, co widać po czasie i strefach tętna.
Clipboard01
IMG_20190803_044928
Zakończyłem bieg po siedemnastu kilometrach, gdy było już całkiem jasno.
Jutro dzień przerwy, a w przyszłym tygodniu przynajmniej jeszcze raz chcę zaliczyć las przed świtem. Jest wtedy nawet bardziej niż zazwyczaj niesamowity.