jedenaście

Gdybym biegał w sposób choćby tylko ćwierćprofesjonalny, miałbym przynajmniej namiastkę programu treningowego. Jakieś cele, założenia, chęć biegania interwałów, gotowość dostosowywania dystansu i tempa do etapu przygotowań do czegoś tam i tak dalej. Szczęśliwie bieganie jest tylko czymś, co utrzymuje moje zdrowie psychiczne we względnej równowadze, więc poza nielicznymi wyjątkami, gdy postanawiam wyjść do ludzi i wystartować w jakichś zawodach, praktycznie nigdy nie działam w sposób zaplanowany.
Tak samo było i dzisiaj, ale wyszło z tego coś, co można od biedy można nazwać treningiem. Walnąłem bowiem bardzo szybkie dziesięć kilometrów. Nieważne, że zdecydowałem, że to właśnie zrobię gdzieś w okolicy trzysetnego metra. Ważne, że od początku do końca tę myśl zrealizowałem.Picture1 Miałem wprawdzie nadzieję, że stać mnie na czas zbliżony do trzech kwadransów, ale i 00:46:49 nie jest złym wynikiem. Zwłaszcza, że miałem na sobie trzykilogramową kamizelkę, zbyt ciepłą bluzę i nie jadłem nic od blisko osiemnastu godzin.
Co tu dużo gadać: jestem z siebie bardzo zadowolony. Tym bardziej, że po wszystkim, gdy już ze trzy czy cztery minuty odsapnąłem, ruszyłem dalej. Znacznie, znacznie wolniej, ale też w przyzwoitym tempie, bo zbliżonym do 05’45” na kilometr. W sumie zrobiłem tych kilometrów dziś piętnaście („dodatkowych” pięć) i gdy teraz sobie o tym myślę, bardzo mi się chce wystartować ponownie rano.
Wolno, ale konsekwentnie dzień za dniem. Powinno się udać.
Picture

zero zero sześć

Wystartowałem o czwartej rano. Zgodnie z planem. Było przyjemnie ciepło. Wbiegłem do lasu i od razu wiedziałem, że jest dobrze. Nie spieszyłem się. Chciałem utrzymywać tempo na poziomie 6 minut na kilometr i tak mi się udawało. Przyjąłem, że zrobię dziesięć, może dwanaście kilometrów, ale około ósmego spłoszyłem dzika. Naprawdę dużego. Zaczął uciekać w tę stronę, gdzie miałem biec więc uznałem, że lepiej będzie zawrócić. Tak na wszelki wypadek, bo mógł przecież uznać, że boi się mnie na tyle, że warto zaatakować. Spowodowało to konieczność zmiany trasy i ostatecznie wydłużyło ją do aż 16 kilometrów. Całkiem sporo jak na tak wczesną porę, ale nie żałuję.
Picture

 

sto pięćdziesiąt sześć

Dziś testowałem łąkotkę.
Mniej intensywnie sprawdzam ją od dłuższego czasu, chciałem się jednak wreszcie przekonać, jak sobie poradzi na jakimś dłuższym wybieganiu. Skończyło się na dystansie dwudziestu dwóch kilometrów, głównie lasem. Asfalt stanowił w tym góra piętnaście procent.
Najbardziej bałem się zbiegów, jednak i na nich kolano grzecznie zginało się w tę i z powrotem.
Mogę stwierdzić, że przez cały trening ani przez moment nie poczułem, że coś jest nie tak i powinienem sobie odpuścić. Co przy tym ważne, wcale się jakoś przesadnie nie wlokłem. Średnie tempo wyszło na poziomie pięciu minut i trzydziestu sześciu sekund na kilometr, a więc przyzwoicie.
oooo
tired
Ponadto, pomijając już wszystkie inne kwestie, biegło mi się po prostu rewelacyjnie. Piękny, jesienny las, do tego trochę wiatru i słońca. Nie nudziłem się sam ze sobą ani przez chwilę. Właśnie dzięki temu wiedziałem do samego końca, że potrafię dziś wykręcić sporo więcej. Odpuściłem, bo uznałem, że to rozsądne (he,he) ale w sumie i tak dołożyłem nieplanowane dwa kilometry.

Podsumowując: z łąkotką nie jest idealnie. Nadal boli, gdy mocno zegnę nogę w kolanie, ale mimo wszystko da się biegać i to całkiem spore dystanse.

Rzecz jasna obawiam się, że to mogą być tylko pozory, jednak tu już brakuje mi rozumu, by przedsięwziąć jakieś oczywiste dla mądrzejszych ode mnie kroki 😀

 

 

sto czterdzieści dziewięć

Nie myślałem, że będę mógł się pochwalić aż takim kilometrażem. 422,6 km w 30 dni. Daje to średnio 14 kilometrów dziennie. Średnio, bo zazwyczaj biegałem mniej, ale też zdarzyło się, że kilka razy zrobiłem tych kilometrów sporo więcej. Nieważne. Istotne, że mam powody do zadowolenia. majWprawdzie średnie tempo miałem mocno przeciętne, jednak coś za coś. Wątpię, by dałbym radę tyle biegać wykręcając każdorazowo tempo zbliżone do 05’15” minut na kilometr.

 

sto czterdzieści osiem

jedenOstatnia niedziela maja to tradycyjny termin „Pielgrzymki Mężczyzn i Młodzieńców do Matki Bożej Piekarskiej”.
Gdy byłem znacznie młodszy, często jeździłem tam na rowerze. Z ojcem lub kolegami. Różnie. Ostatnio pojechałem do Piekar w 2009, a więc już sporo lat temu.

W tym roku zaświtała mi myśl, by do Piekar pobiec. Sprawdziłem. Jakieś 28 do 31 kilometrów w jedną stronę, zależnie od trasy. Sporo, ale przecież jak najbardziej w zasięgu moich możliwości…

Nie przygotowywałem się  jakoś specjalnie; nawet nie zrobiłem sobie dnia przerwy w bieganiu, a przecież od blisko miesiąca biegam codziennie. Ruszyłem tak po prostu, z marszu. Uzbrojony w dwa banany, dwa żele energetyczne w tubce oraz trzy bidony z czerwoną herbatą, miętą, miodem, cytryną i szczyptą soli. Wszystko to załadowałem do lekkiego plecaka i pasa biodrowego.

Bieg rozpocząłem kilka minut przed szóstą. Już wtedy było ciepło. Starałem się nie kontrolować tempa choć zakładałem, że trzy godziny powinny mi wystarczyć.
Tak też się stało. Na miejsce, po 29,13 km, dotarłem, gdy TomTom wskazywał 02:50 minut. Nieźle, bo to przecież tempo poniżej sześciu minut na kilometr. Musiałem je, intuicyjnie, całkiem rozsądnie dobrać, skoro na miejscu czułem się dobrze, a nawet rześko. Porozciągałem się; na cmentarzu umyłem zimną wodą z kranu, przebrałem skarpety i bluzkę. Wtopiłem się w tłum ciesząc się, że znowu jestem w tym szczególnym miejscu.
dwa
Cały czas jeszcze nie wiedziałem, co ostatecznie począć z drogą powrotną. Pierwotny plan był taki, że pobiegnę tyle, ile dam radę, ale raczej nie więcej niż 10-15 kilometrów. Gdy będę miał dość zatrzymam się i  zadzwonię po transport.

Gdy można już było zbierać się do domu, uzupełniłem bidony jakimiś izotonikami ze sklepu, przeszedłem około kilometra, włączyłem pomiar czasu i zacząłem będąc bardzo ciekawym, co z tego wyniknie.

Upał był już nieznośny, a ja niestety dreptałem poboczem dróg z rzadka tylko osłoniętymi od słońca. Mimo to biegło mi się wcale znośnie. Kolejne kilometry zdawały się mijać szybciej, bo poznawałem kolejne punkty przybliżające mnie do celu. Kryzys – choć to jednak zbyt duże słowo – przyszedł około dwudziestego kilometra. Wtedy poczułem, że mam już serdecznie dość. Nawet nie to, że bolą mnie nogi (choć faktycznie trochę już dawały się we znaki), ale że tak zwyczajnie mi się nie chce.
Z drugiej strony jednak gdzieś tam kołatała się myśl, że jeszcze tylko dziesięć kilometrów. A co to jest dziesięć kilometrów? Tyle przecież robię przecież praktycznie codziennie z łatwością…

Oszukując się w ten sposób i starając się oderwać myślami od wszystkiego co dzieje się w mojej głowie i wokół, biegłem więc dalej. Wolno, jednak bez zatrzymywania się i przechodzenia w chód.

I ostatecznie zrobiłem to.

Po kilku godzinach przerwy przebiegłem 28 kilometrów. W 02:52, a więc ze średnim tempem powyżej sześciu minut, ale to przecież i tak całkiem dobry wynik. Najważniejsze, że dałem radę. 58 kilometrów jednego dnia!
trzy
Największy jak dotąd mój wyczyn. Oby nie ostatni.

sto czterdzieści siedem

Dziś dwudziesty czwarty maja, a ja mam już za sobą trzysta cztery kilometry. Raz nawet, bodajże przedwczoraj, biegałem rano i wieczorem robiąc łącznie dwadzieścia i pół kilometra. Dzisiaj też przebiegłem trochę więcej kilometrów niż zazwyczaj, bo czternaście. Dwunastego maja zrobiłem ich jednorazowo dwadzieścia pięć, ale o tym już ostatnio wspominałem.
Wszystko dlatego, że udaje mi się  wygospodarować czas by biegać codziennie i, co bardzo przy tym ważne, nie czuję przy tym jakiegoś przesadnego zmęczenia lub zniechęcenia. Owszem, jak zawsze, zdarza mi się słabszy dzień i wymuszony bieg pozbawiony jakichś głębszych treści, ale tego nie sposób przecież uniknąć.
Jestem ciekawy, jakim dystansem będę się mógł pochwalić pierwszego czerwca. Wbrew pozorom trudno to zaplanować.

304

sto czterdzieści sześć

Jutro mija miesiąc od ostatniego wpisu, więc to całkiem niezła okazja, by pokusić się o małe podsumowanie kwietnia oraz tego, co wydarzyło się w maju.
Zatem kolejno:
Na pewno nie można nazwać mnie sprinterem. Biegam coraz wolniej, a przynajmniej częściej nigdzie się nie spieszę, tylko miarowo przemierzam kolejne kilometry. Trudno stwierdzić, czy to dobra taktyka, ale sądząc z dystansu, na pewno przekłada się to odległość. Ta w kwietniu wyniosła 310 kilometrów.
Poniżej pełniejsze zestawienie:

biegkwicieb

Maj również rozpocząłem całkiem żwawo.
Najpierw jednak krótko o nowym nabytku, czyli zegarku z pulsometrem.
To TomTom Runner 3 Cardio:

tomtom

Bez wdawania się w szczegóły, jestem z niego bardzo zadowolony.

A wracając do bieżącego miesiąca…
Na teraz mam w nogach 149 kilometrów. Najwięcej dołożyłem dzisiaj, bo aż 25. Tak ładnie padało, a szum lasu koił, że nie mogłem przestać, choć początkowo zakładałem, że będę biegał przez 90 minut.

Poniżej zrzuty z ekranu aplikacji TomTom:

To tyle na teraz.
Ciekawe, kiedy napiszę tu coś znowu 🙂