szesnaście

Moje deklaracje zamieszczania tu regularnie wpisów nie mają żadnej wartości. Widocznie nie potrafię tego zmienić. Trudno.
Jest już dwudziesty pierwszy dzień lutego, a ja nie podsumowałem nawet minionego roku. Od tego więc dziś zacznę.
Dwa tysiące czterysta dwadzieścia cztery kilometry, czyli średnio sto jeden kilometrów miesięcznie i sześć i sześć dziesiątych dziennie.
Nie jest to jakiś porywający wynik, ale co z tego? Ważne, że biegałem w miarę regularnie i obyło się bez specjalnych kontuzji.
Rok bieżący zacząłem bardzo niemrawo. W styczniu równe sto, a w lutym jak dotąd dwanaście wyjść i sto dwadzieścia dziewięć kilometrów. Jest więc jakaś poprawa w porównaniu z poprzednim miesiącem.
Co więcej? Nic. Nie mam formy. Ledwie człapię. Ale człapię. I to jest najważniejsze.

czternaście

Mieszkam w takim miejscu, że w którą stronę nie wybiegnę, mam do przebiegnięcia minimum osiemset metrów nim dotrę do miękkich, leśnych ścieżek. To niewiele, ale i tak ten krótki odcinek jest najmniej fajnym etapem większości moich biegów. Wspominam o tym, ponieważ to właśnie asfalt wywołał pierwsze, mocno nieprzyjemne wrażenie związane z nowymi butami Altra King MT.
4
1Słysząc ich stukot czułem się jak w płaskich, drewnianych chodakach i nie było to nic fajnego. Przyzwyczajony do miękkich Hoka One One nie potrafiłem się w czymś tak diametralnie odmiennym odnaleźć. 2Las niewiele zmienił. Było wprawdzie trochę ciszej, ale nadal wydawało mi się, że plaskam stopami w ziemię jak ktoś, kto się pomylił w ocenie wysokości krawężnika z którego schodzi. Kończąc pierwsze 10 km w tym obuwiu byłem prawie pewien, że właśnie wyrzuciłem w błoto blisko 350 zł. Za drugim jednak razem, bodajże dwa dni później, było już lepiej. Nie wiem, może przestałem się tak bardzo koncentrować na nowych butach, a może po prostu zacząłem się przyzwyczajać. Dziś pobiegłem w Altra King MT trzeci raz i te czternaście kilometrów sprawiły, że już nie myślę o powrocie do czegoś miększego, z niezerowym dropem i amortyzacją. Buty w ogóle nie zaprzątały mi głowy. Biegłem po twardym, miękkim, kamieniach, błocie i było mi dobrze. Nic nie bolało ani nie drażniło. Wiem wprawdzie, że te niespełna 40 km to jeszcze za mało, by wystawiać Altrze laurkę, jednak po pierwszych mocno negatywnych odczuciach znów jestem dobrej myśli. Ciekawe, jak będzie dalej.
3

jedenaście

Gdybym biegał w sposób choćby tylko ćwierćprofesjonalny, miałbym przynajmniej namiastkę programu treningowego. Jakieś cele, założenia, chęć biegania interwałów, gotowość dostosowywania dystansu i tempa do etapu przygotowań do czegoś tam i tak dalej. Szczęśliwie bieganie jest tylko czymś, co utrzymuje moje zdrowie psychiczne we względnej równowadze, więc poza nielicznymi wyjątkami, gdy postanawiam wyjść do ludzi i wystartować w jakichś zawodach, praktycznie nigdy nie działam w sposób zaplanowany.
Tak samo było i dzisiaj, ale wyszło z tego coś, co można od biedy można nazwać treningiem. Walnąłem bowiem bardzo szybkie dziesięć kilometrów. Nieważne, że zdecydowałem, że to właśnie zrobię gdzieś w okolicy trzysetnego metra. Ważne, że od początku do końca tę myśl zrealizowałem.Picture1 Miałem wprawdzie nadzieję, że stać mnie na czas zbliżony do trzech kwadransów, ale i 00:46:49 nie jest złym wynikiem. Zwłaszcza, że miałem na sobie trzykilogramową kamizelkę, zbyt ciepłą bluzę i nie jadłem nic od blisko osiemnastu godzin.
Co tu dużo gadać: jestem z siebie bardzo zadowolony. Tym bardziej, że po wszystkim, gdy już ze trzy czy cztery minuty odsapnąłem, ruszyłem dalej. Znacznie, znacznie wolniej, ale też w przyzwoitym tempie, bo zbliżonym do 05’45” na kilometr. W sumie zrobiłem tych kilometrów dziś piętnaście („dodatkowych” pięć) i gdy teraz sobie o tym myślę, bardzo mi się chce wystartować ponownie rano.
Wolno, ale konsekwentnie dzień za dniem. Powinno się udać.
Picture

zero zero osiem

Właśnie wróciłem z pierwszego w tym miesiącu biegu. Niezbyt szybkiego, ale za to – że się tak wyrażę – sycącego. Ponad szesnaście kilometrów rozpoczęte o piątej dwadzieścia dwa, gdy na dworze jest jeszcze ciemno, nie mogło nie być udane.
Nie spieszyłem się, tylko spokojnie wbijałem się w kolejne leśne ścieżki, z których tylko część jest mi dobrze znana. Nie planowałem, ile kilometrów chcę zrobić, choć wiedziałem, że na pewno będzie to więcej niż dziesięć. Takie założenie w zupełności wystarczyło. Zbytnie komplikowanie spraw prostych zawsze przeszkadza.
Picture

Teraz, jeszcze przed prysznicem, choć już rozebrany, cieszę się tym leniwym spokojem, który dają tylko dobrze odmierzone kilometry w ciszy lasu, o nieludzkiej dla niektórych (na szczęście nie dla mnie) – zwłaszcza w taki dzień jak niedziela – porze.

zero zero sześć

Wystartowałem o czwartej rano. Zgodnie z planem. Było przyjemnie ciepło. Wbiegłem do lasu i od razu wiedziałem, że jest dobrze. Nie spieszyłem się. Chciałem utrzymywać tempo na poziomie 6 minut na kilometr i tak mi się udawało. Przyjąłem, że zrobię dziesięć, może dwanaście kilometrów, ale około ósmego spłoszyłem dzika. Naprawdę dużego. Zaczął uciekać w tę stronę, gdzie miałem biec więc uznałem, że lepiej będzie zawrócić. Tak na wszelki wypadek, bo mógł przecież uznać, że boi się mnie na tyle, że warto zaatakować. Spowodowało to konieczność zmiany trasy i ostatecznie wydłużyło ją do aż 16 kilometrów. Całkiem sporo jak na tak wczesną porę, ale nie żałuję.
Picture

 

zero zero cztery

Wczoraj i dziś zrobiłem równo po 11,5 km. Inne były tylko pory dnia. Raz już po szesnastej, a dzisiaj około ósmej rano. Cieszą mnie zwłaszcza te popołudniowe wyjścia z domu. Dotąd zdarzało mi się to bardzo rzadko, bo jestem osobą, która woli wstać o czwartej niż iść spIMG_20190802_091341ać dopiero o północy. Zresztą to nie tylko kwestia preferencji. Bardzo często wstaję właśnie około czwartej nad ranem. A jutro, z powodów, których na razie nie podam, obudzę się jeszcze wcześniej. Chcę wyruszyć do lasu przed świtem, z latarką czołową. Powinno być fajnie.

Od ósmego maja (znam tak dokładną datę, bo sobie zanotowałem), praktycznie na każdy bieg wyruszam z trzykilogramową, specjalną kamizelką wypełnioną piaskiem. Trudno mi stwierdzić, czy ma to jakikolwiek sens, ale myślę, że chyba jednak zwiększa wytrzymałość, a przynajmniej jest nienajgorszym przygotowaniem do wybiegań z plecakiem.
Na zdjęciu trochę widać, że mam to na sobie.

zero zero trzy

Dziś pierwszy dzień nowego miesiąca. To dobra okazja, żeby podsumować ten miniony i może również dotychczasowe siedem bieżącego roku.

Zacznijmy od sierpnia. Zrobiłem 294 kilometry. Wiedziałem, że bardzo mało zabraknie do trzystu, ale postanowiłem sobie opuścić., bo i po co?
Biegałem swoimi stałymi, leśnymi trasami, ale raz byłem z kumplem w Szczyrku i tam wbiegliśmy na Skrzyczne robiąc łącznie dwadzieścia sześć kilometrów.

W całym 2019 przebiegłem łącznie 1412 km. Daje to niezłą średnią około dwustu kilometrów na miesiąc, przy czym w styczniu zrobiłem ich tylko 61, w lutym „aż 95” i dopiero w marcu zbliżyłem się do dwustu. Kwiecień i maj były znowu trochę słabsze, w czerwcu zbliżyłem się do 250. Dystans sierpnia podałem na początku wpisu.

W przyszłym tygodniu chcę przebiec ponad 50 km po górach i sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Poza tym nie mam – jak zawsze – specjalnych planów. Byle był czas i chęci na wychodzenie z domu. To wystarczy.