sto pięćdziesiąt siedem

W piątek trzynastego miałem nie biegać. Nie z powodu daty, bo nie przejmuję się takimi bzdurami, ale zwyczajnie byłem zmęczony. Pomyślałem jednak, że się przejdę i to był całkiem dobry pomysł.
luuuNastępnego dnia już pobiegłem w przeciętnym tempie. Dystans taki, jak zazwyczaj.
W niedzielę znów chciałem się tylko przejść, ale po mniej więcej kilometrze przeszedłem do truchtu.
Dzisiaj, czyli w poniedziałek, podobnie, choć już od początku dreptałem sobie bardzo wolno. Trochę mnie to irytuje, gdy pomyślę, jak słaby wychodzi wtedy czas, ale z drugiej strony z nikim się przecież nie ścigam, a dzięki temu mam niskie tętno. A zdaje się, że wtedy spala się także lepiej tłuszcz.
Myślę, że będę częściej uprawiał takie ślamazarne przebieżki.

sto pięćdziesiąt sześć

Dziś testowałem łąkotkę.
Mniej intensywnie sprawdzam ją od dłuższego czasu, chciałem się jednak wreszcie przekonać, jak sobie poradzi na jakimś dłuższym wybieganiu. Skończyło się na dystansie dwudziestu dwóch kilometrów, głównie lasem. Asfalt stanowił w tym góra piętnaście procent.
Najbardziej bałem się zbiegów, jednak i na nich kolano grzecznie zginało się w tę i z powrotem.
Mogę stwierdzić, że przez cały trening ani przez moment nie poczułem, że coś jest nie tak i powinienem sobie odpuścić. Co przy tym ważne, wcale się jakoś przesadnie nie wlokłem. Średnie tempo wyszło na poziomie pięciu minut i trzydziestu sześciu sekund na kilometr, a więc przyzwoicie.
oooo
tired
Ponadto, pomijając już wszystkie inne kwestie, biegło mi się po prostu rewelacyjnie. Piękny, jesienny las, do tego trochę wiatru i słońca. Nie nudziłem się sam ze sobą ani przez chwilę. Właśnie dzięki temu wiedziałem do samego końca, że potrafię dziś wykręcić sporo więcej. Odpuściłem, bo uznałem, że to rozsądne (he,he) ale w sumie i tak dołożyłem nieplanowane dwa kilometry.

Podsumowując: z łąkotką nie jest idealnie. Nadal boli, gdy mocno zegnę nogę w kolanie, ale mimo wszystko da się biegać i to całkiem spore dystanse.

Rzecz jasna obawiam się, że to mogą być tylko pozory, jednak tu już brakuje mi rozumu, by przedsięwziąć jakieś oczywiste dla mądrzejszych ode mnie kroki 😀

 

 

sto pięćdziesiąt pięć

Z łąkotką nie jest tak dobrze, jak chciałbym i wyobrażałem sobie, że być może. Niewykluczone, że będzie mi doskwierać cały czas. Chyba, że zrobię artroskopię, a przed tym bronię się rękami i nogami. Ale nic to. Na razie jakoś funkcjonuję. Także biegowo. Wymyśliłem jednak, że trzeba koniecznie odciążyć kolano. Na dwa sposoby: zrzucając wagę i przesiadając się na buty z bardzo dużą amortyzacją.

Ponieważ to pierwsze wymaga czasu i – poza dietą – właśnie biegania,  od wczoraj jestem posiadaczem maksymalistycznych Hoka One One Vanquish 2.

Dziś je wypróbowałem. I tak jak zawsze biegałem wyłącznie w butach z małą amortyzacją i dropem maks 4 mm, tak po tej pierwszej próbie mogę powiedzieć, że wcale nie jest tak źle, jak się spodziewałem. Buty są bardzo wygodne, lekkie, dobrze dopasowane. Wystartowałem w nich ostro, bo pierwszy kilometr wykręciłem w tempie sporo poniżej pięciu minut, a później też było nienajgorzej. Ostatecznie przebiegnięcie 10,04 km zajęło mi 54 minuty i 1 sekundę. Nie ma jednak nic za darmo. Tętno przez cały czas było zbyt duże i tak naprawdę mogłem sobie odpuścić. Jestem w końcu bez formy…

Czy buty się sprawdziły? Za wcześnie, by to stwierdzić. Myślę jednak, że w tej sytuacji to dobry kierunek.

sto pięćdziesiąt cztery

Podsumowanie lipca i sierpnia.
W lipcu pięć biegów i pięćdziesiąt dwa kilometry.
W sierpniu cztery biegi i trzydzieści kilometrów.

lakotka
A poza tym:
Łękotka
Mówi się łąkotka
Przez ą
OK, więc łąkotka
I jeszcze raz łąkotka
Jest już lepiej, chyba mniej boli
Znowu boli
Nie mogę zginać kolana
Rezonans?
Artroskopia?
Rehabilitacja?
Nie!
Jest już lepiej
Gorzej
Lepiej
Dam sobie spokój z bieganiem
Zacząć już?
Nie, jeszcze poczekam
Do września
Tak
Albo dobra, jeden dzień nie robi już różnicy
Ruszę ostatniego dnia wakacji
Strasznie wolno, ale chyba w porządku.
Łąkotko, jest OK?

sto czterdzieści jeden

Ciężko się biega po lesie. Od kilku(nastu?) dni temperatura rzadko bywa dodatnia, więc śnieg nie ma kiedy stopnieć. Jest twardy, zmrożony, śliski. Na dodatek pełno w nim śladów stóp, które w tych warunkach tworzą dziury jak w szwajcarskim serze. Nie ma innego wyjścia i trzeba dreptać uważając przy tym bardzo, by nie skręcić nogi. Być może jest to i dobre ćwiczenie, ale mnie jakoś nie przekonuje. Dlatego też następnym razem zmienię trasę. Dzisiejsze blisko siedem leśnych kilometrów z jedenastu ogółem, zbyt dało mi się we znaki, by chcieć to powtórzyć.

sto trzydzieści jeden

Znów sporo czasu minęło od ostatniego wpisu. Nie wiem, może tym razem będę potrafił uzupełniać te zapiski regularniej. Na razie trzymam się tego na Twitterze. Właśnie z Twittera pochodzić będzie część informacji o moich”perypetiach” z butami biegowymi.

1. Od początku biegam w butach Saucony. Najpierw były to Saucony ProGrid Ride3. Takie, jak na zdjęciu poniżej:
progridride3
2. Później przyszedł czas na Saucony Kinvara TR.
kinvaratr
3. W następnej kolejności byłby dwie pary Saucony Kinvara TR2.

Te dwie były idealne. Sądziłem, że nie ma dla mnie lepszych butów. Ponieważ jednak firma Saucony przestała je produkować, bardzo ciężko jest je dostać. Zdecydowałem więc, że kupię „zwykłe” Saucony Kinvara. Sądziłem, że powinny być podobne. Wybór padł na te:

Okazało się jednak, że są dla mnie zbyt miękkie. Sprzedałem je na allegro i poszukiwania zacząłem od nowa. Wreszcie zdecydowałem, że tym razem nie będą to Saucony. Poświęciłem dużo czasu na wybór i wreszcie znalazłem but – przynajmniej w teorii – najbardziej zbliżony do – Saucony Kinvara TR2.

Faktycznie, wizualnie – patrząc na podeszwę – zdawały się odpowiadać moim wymaganiom. Niestety, były za duże. Rozmiar 44 w tej marce to aż 10,5US. Potrzebowałem 10US. Tamte zwróciłem. Udało mi się znaleźć odpowiednio mniejsze, na dodatek ładniejsze, czarno-zielone.

Te wreszcie pasowały idealnie.

W ten oto sposób nie biegam już w butach Saucony porzucając te firmę na rzecz Inov-8. Cóź, skoro z niezrozumiałych dla mnie powodów Saucony zrezygnowała z produkcji modelu Kinvara TR2. Nie miałem więc wyjścia. I teraz nie żałuję, mówiąc szczerze.

 

sto dwadzieścia siedem

IMG_20160206_151353.jpg
W sobotę odebrałem solidną lekcję pokory. Choć raczej się tym nie przechwalałem, to jednak gdzieś w środku byłem przekonany, że jest już ze mnie kawał nie tylko biegacza, ale i długodystansowca. W końcu bez problemu robię trzynaście kilometrów. Regularnie, w niezłym tempie, często sporo poniżej pięciu minut na kilometr, trzy, cztery lub nawet więcej razy w tygodniu. Zatem, chociaż dotąd największym moim wyczynem było dwadzieścia pięć kilometrów wierzyłem, że te piętnaście więcej jak najbardziej w moim zasięgu. Więcej. Skoro czterdzieści, to pewnie i czterdzieści dwa i sto dziewięćdziesiąt pięć metrów, no bo czemu nie, he, he. Na dodatek – tak, tak, naprawdę w ten sposób myślałem – także maraton powinienem zrobić w czasie poniżej czterech godzin. Chociaż tyle, że nie planowałem trzech godzin trzydziestu minut…
Na początku, gdy ruszyliśmy w dziesięcioosobowej grupie, doskwierało mi mocno spacerowe tempo. Nic jednak nie mówiłem, starałem trzymać się reszty. Około piętnastego kilometra wraz z poznaną wtedy dziewczyną i jeszcze jednym chłopakiem, oddaliliśmy się trochę od pozostałych biegaczy. Nasza prędkość wzrosła, a ja czułem się jak młody Bóg. Nic mi nie doskwierało, biegło mi się swobodnie i lekko.
Tak było do około trzydziestego kilometra.
Wtedy, naprawdę niespodziewanie i nagle, uświadomiłem sobie, że słabnę. Nie miałem problemu z oddechem, mogłem spokojnie rozmawiać, ale odezwały się uda, łydki plecy. Pomyślałem, że jest źle, ale jeszcze nie przyszło mi do głowy, że to dopiero początek i może być jeszcze gorzej. Gdy jednak GPS pokazał trzydziesty piąty kilometr dotarło do mnie, że to już koniec i najzwyczajniej w świecie muszę się zatrzymać, bo w przeciwnym razie mogę się ot tak przewrócić. Biegliśmy już wtedy tylko we dwoje, gdyż nasz kompan miał nadal siły i narzucił większe tempo. Powiedziałem Marcie – tak ma na imię – że się poddaję i by biegła dalej sama. Nie pamiętam już teraz dokładnie jak, ale jakoś udało się jej mnie przekonać, żebym nie rezygnował. Miałem poważne wątpliwości, jednak zacisnąłem jakoś zęby i spróbowałem. Nie wyszło. Ciało odmawiało posłuszeństwa. Musiałem zwolnić i zacząć iść. Marta cały czas mnie dopingowała i dzięki temu od czasu do czasu zrywałem się do kilkusetmetrowego biegu. Tym sposobem doczłapałem jakoś do czterdziestego kilometra. Po czterech godzinach i ośmiu minutach. Wyczerpany. Może nie skrajnie, ale bardzo. Bez jakichkolwiek szans na dociągnięcie do maratonu…
Screenshot_2016-02-06-15-10-07
Podsumowanie:
Gdyby nie Marta (która też pierwszy raz biegła czterdziestkę i bez balastu, jaki stanowiłem spokojnie miałaby czas o dobre kilka minut lepszy…), nie dobiegłbym tego dystansu. Poddałby się bez dwóch zdań. Kropka.
To raz.
Dwa: dostałem niezłą, solidną nauczkę.
Trzy: trzynaście kilometrów – nawet dzień w dzień i pięć razy w tygodniu – to nie to samo co raz czterdzieści.
Cztery: do takiego dystansu trzeba się przygotować. Nie można tak jak ja po prostu wybiec po dziewięciu dniach przerwy i leczonej antybiotykami anginie.
Pięć: nie mogę się doczekać kolejnej czterdziestki. Nie wiem jeszcze kiedy, ale muszę zrobić ten dystans. Plus oczywiście te dwa z hakiem do maratonu. Czy poniżej czterech godzin? Nie wiem… Przyjmijmy na razie, że niekoniecznie 🙂

PS Bieg odbył się na Pogorii z okazji czterdziestych urodzin mojego przyjaciela Rafała. Przy tej okazji, jeszcze raz wszystkiego najlepszego, brachu! Kolejnej czterdziestki w formie pozwalającej przebiec czterdzieści przynajmniej cztery razy do roku, a później jeszcze wielu, wielu lat (i kilometrów) w dobrym zdrowiu! Pogody Ducha!

sto dwadzieścia sześć

IIIIIIIIIIIIIIIIIIIIZ bieżni korzystałem trzy, góra cztery razy w życiu. Na początku mojego biegania, a więc przynajmniej pięć lat temu. Nie mam z tym związanych zbyt miłych wspomnień, bo szybko polubiłem las i nie chciałem bez potrzeby dreptać w miejscu. Tak jednak wyszło, że dzisiaj miałem niecałą godzinę czasu właśnie w fitness klubie. Przygotowałem więc sobie strój i odpaliłem prawie zapomnianą, przewijaną taśmę do wymuszania przebierania nogami. Zacząłem dość ostro ustawiając tempo 13 km/h i całkiem spore nachylenie. Po dziesięciu minutach lało się ze mnie i myślałem, że za chwilę spuchnę. Spłaszczyłem więc trasę prawie do zera i zszedłem do 10,5 km/h. Dzięki temu udało mi się odzyskać równy oddech. Później jeszcze kilkakrotnie podciągałem do ponad 14 km/h, ale trzymałem się bliżej dwunastu. Gdy licznik pokazał odległość 10.000 metrów, na zegarze było 53’30”. Nie jest to jakiś rewelacyjny czas, ale i tak jestem pod jego wrażeniem. Gdy sobie powiem przypomnę tę okropną, duszną atmosferę, ścianę z telewizorem wyświetlającym debilne teledyski pod samym moim nosem, dochodzę do wniosku, że i tak jestem niezły, skoro wytrzymałem nieomal godzinę w takim miejscu. W sumie jednak na dobre to wyszło.  Dzięki temu jeszcze bardziej doceniam las, świeże powietrze i przestrzeń.

 

sto dwadzieścia pięć

IMG_20160114_100312_1_1452769122999_1452769152094Dziś moja prywatna, dziesięciostopniowa, skala niechcenia mogła śmiało przekroczyć dziewiątkę. Wyszedłem nawet specjalnie na dwór, żeby się przekonać, że słusznie robię zostając w domu. Niestety piękne, skrzące się w śniegu słońce nie chciało tego potwierdzić. Przeciągnąłem się więc kilkakrotnie licząc, że może jednak coś gdzieś mnie boli. Bez efektu. Tak samo stopy, uda, kolana. One również nie dawały żadnych oznak zmęczenia. Pomyślałem więc, że będzie to trzeci dzień z rzędu, zatem lepiej odłożyć bieg na jutro. Jest ślisko i mogę złapać kontuzję… Idę do pracy na noc… I tym podobnie, i tak dalej. Nic to nie dało. Machnąłem więc ręką, przebrałem się i ruszyłem. I jak zwykle poszło wyśmienicie. Tempo nie powalało, ale za to „wrażenia artystyczne” niesamowite. Wyłączyłem się i biegłem, biegłem…
Jak to dobrze, że mam czasem tak silną wolę i udaje mi się nie ulec temu namolnemu, męczącemu rozsądkowi 😉

sto dziewiętnaście

Minęło sporo czasu od ostatniego wpisu. Tutaj, bo na twitterze produkuję się dość regularnie. Dzisiaj wracam na blog niby bez konkretnego powodu, chociaż najszybszy kilometr w mojej karierze jest jednak jakimś pretekstem. Tak właśnie wyszło. Dlatego,  że było zimno, a ja ubrałem się nieodpowiednio. Marzłem, więc sam z siebie ruszyłem żwawo. Cały dystans 13,15 km zajął mi 01:03:31 – tempo 04’50”/km. Ten pierwszy 04’17”/km (04:16.46), co jest moim rekordem. Pozostałe międzyczasy poniżej. Tylko na szóstym okrążeniu tysiąc metrów zajęło mi trochę ponad pięć minut. Dodam, że w trakcie ani razu nie spojrzałem na zegarek.

88888888888bieg