sto czterdzieści osiem

jedenOstatnia niedziela maja to tradycyjny termin „Pielgrzymki Mężczyzn i Młodzieńców do Matki Bożej Piekarskiej”.
Gdy byłem znacznie młodszy, często jeździłem tam na rowerze. Z ojcem lub kolegami. Różnie. Ostatnio pojechałem do Piekar w 2009, a więc już sporo lat temu.

W tym roku zaświtała mi myśl, by do Piekar pobiec. Sprawdziłem. Jakieś 28 do 31 kilometrów w jedną stronę, zależnie od trasy. Sporo, ale przecież jak najbardziej w zasięgu moich możliwości…

Nie przygotowywałem się  jakoś specjalnie; nawet nie zrobiłem sobie dnia przerwy w bieganiu, a przecież od blisko miesiąca biegam codziennie. Ruszyłem tak po prostu, z marszu. Uzbrojony w dwa banany, dwa żele energetyczne w tubce oraz trzy bidony z czerwoną herbatą, miętą, miodem, cytryną i szczyptą soli. Wszystko to załadowałem do lekkiego plecaka i pasa biodrowego.

Bieg rozpocząłem kilka minut przed szóstą. Już wtedy było ciepło. Starałem się nie kontrolować tempa choć zakładałem, że trzy godziny powinny mi wystarczyć.
Tak też się stało. Na miejsce, po 29,13 km, dotarłem, gdy TomTom wskazywał 02:50 minut. Nieźle, bo to przecież tempo poniżej sześciu minut na kilometr. Musiałem je, intuicyjnie, całkiem rozsądnie dobrać, skoro na miejscu czułem się dobrze, a nawet rześko. Porozciągałem się; na cmentarzu umyłem zimną wodą z kranu, przebrałem skarpety i bluzkę. Wtopiłem się w tłum ciesząc się, że znowu jestem w tym szczególnym miejscu.
dwa
Cały czas jeszcze nie wiedziałem, co ostatecznie począć z drogą powrotną. Pierwotny plan był taki, że pobiegnę tyle, ile dam radę, ale raczej nie więcej niż 10-15 kilometrów. Gdy będę miał dość zatrzymam się i  zadzwonię po transport.

Gdy można już było zbierać się do domu, uzupełniłem bidony jakimiś izotonikami ze sklepu, przeszedłem około kilometra, włączyłem pomiar czasu i zacząłem będąc bardzo ciekawym, co z tego wyniknie.

Upał był już nieznośny, a ja niestety dreptałem poboczem dróg z rzadka tylko osłoniętymi od słońca. Mimo to biegło mi się wcale znośnie. Kolejne kilometry zdawały się mijać szybciej, bo poznawałem kolejne punkty przybliżające mnie do celu. Kryzys – choć to jednak zbyt duże słowo – przyszedł około dwudziestego kilometra. Wtedy poczułem, że mam już serdecznie dość. Nawet nie to, że bolą mnie nogi (choć faktycznie trochę już dawały się we znaki), ale że tak zwyczajnie mi się nie chce.
Z drugiej strony jednak gdzieś tam kołatała się myśl, że jeszcze tylko dziesięć kilometrów. A co to jest dziesięć kilometrów? Tyle przecież robię przecież praktycznie codziennie z łatwością…

Oszukując się w ten sposób i starając się oderwać myślami od wszystkiego co dzieje się w mojej głowie i wokół, biegłem więc dalej. Wolno, jednak bez zatrzymywania się i przechodzenia w chód.

I ostatecznie zrobiłem to.

Po kilku godzinach przerwy przebiegłem 28 kilometrów. W 02:52, a więc ze średnim tempem powyżej sześciu minut, ale to przecież i tak całkiem dobry wynik. Najważniejsze, że dałem radę. 58 kilometrów jednego dnia!
trzy
Największy jak dotąd mój wyczyn. Oby nie ostatni.

czterdzieści dziewięć

Wczoraj było bardzo ciepło. Pogoda bardziej przypominała połowę maja niż koniec października. Na początku biegło mi się całkiem nieźle, ale po szóstym kilometrze zacząłem opadać z sił. W pewnym momencie, po ostrym podobiegu z ósmego kilometra, myslałem już, że będę musiał zrezygnować. Jednak wymuszone zmęczeniem zmniejszenie tempa pomogło i dociągnąłem do końca. Dzięki temu że zacząłem nieźle, czas miałem całkiem przyzwoity. 54 min. i 27 sek. na 10100 metrów. Pewne jest jednak, że raczej nie dałbym rady przebiec 11 km.

trzydzieści osiem

W czwartek piątego września nie zwróciłem uwagi na pogodę, tzn. jakoś nie zarejestrowałem, że jest naprawdę ciepło, a wręcz upalnie. Pewnie przestawiłem się już mentalnie na jesień i stąd to zdziwienie. Dopiero na mniej więcej trzecim kilometrze dotarło do mnie, że zbyt grubo się ubrałem. Ale cóż, przecież się nie rozbiorę. Mówi się trudno, więc biegłem dalej. Całościowo wyszło jednak nienajgorzej, 9500 metrów w 55 min. i 10 sek, ale szkoda, że nie wziąłem lżejszego stroju. To może detal, ale sporo przyjemności psuje.
W sobotę było już lepiej. Ruszyłem przed ósmą rano i dzięki temu nie doskwierał mi skwar, który jak się później okazało, nadal się utrzymywał. Sam bieg dał mi dużo przyjemności, bo znowu nie wiedzieć kiedy „się wyłączyłem”. Biegłem. Po prostu. I tyle. 10 km zrobiłem w 58 min. i 10 sek. Kolejny bieg być może dzisiaj, jeżeli nie będzie padało.

trzydzieści dwa

W radiu trąbią, że dzisiaj ma być najgoretszy dzień tego lata, ale nawet jeśli, wczoraj nie mogło być specjalnie chłodniej. W taką pogodę wybrałem się biegać prawie w samo południe (12:17). Z początku nie było najgorzej. Ot, duszno i tyle. Krzys zaczął się od piątego kiloemtra, a nasilił po siódmym. Wtedy miałem już szczery zamiar zatrzymać się, złapać oddech i wrócić piechotą do domu. Zwycięzyło jednak lenistwo… Tak, przerażała mnie myśl, że mam iść w tym upale 🙂 Dlatego też jakoś doczłapałem. I co najdziwniejsze, w nienajgorszym czasie. 9300 metrów (wystartowałem kawałek dalej niż zazwyczaj) zajęło mi 56 min i 10 sekund. A sądziłem, że przekroczyłem godzinę.

trzydzieści jeden

Najpierw podsumowanie lipca: Biegałem 12 razy. Ostatnie starty to 26 i 28 tego miesiąca. Łącznie zrobiłem około 116 km w mniej więcej 11,5 godziny. Biorąc pod uwagę, jakie zdarzały się upały, jestem z tego rezultatu bardzo zadowolony.

Sierpień rozpocząłem w południe drugiego. Było ciężko, gorąco, ale wyszło nienajgorzej. 9500 m w 55 min. 19 sec. Następnego dnia zdążyłem przed upałem, ale biegłem wolniej. W sumie nie wiem dlaczego. 9700 m w 54 min. 48. sek. W niedzielę sobie odpuściłem i ruszyłem wczoraj, znów w samo południe. Mimo gorąca biegło mi się wyśmienice. Zdziwiłem się nawet bardzo widząc, że standardowe 9500 metrów zajęło mi w tych warunkach tylko 54 min. i 48 sek. Kolejny bieg planuję w środę.

 

trzydzieści

W środę 17 lipca wystartowałem około 13:00 i było bardzo duszno.  Bieg dokończyłem z trudem, lało się ze mnie ciurkiem. 9,5 km zajęło mi trochę ponad 56 imnut. Nieźle, jak na te warunki. W sobotę ruszyłem przed 11:00 i było w miarę znośnie. Lekkie zachmurzenie, trochę wiatru. Biegło mi się znakomicie. Znów ten sam dystans pokonałem w 54 min. i 24 sek. Wczoraj natomiast znów było gorąco. Co ciekawe, nie odczuwałem tego specjalnie, chociaż sądziłem, że biegnę wolno. Pod domem okazało się, że miałem praktycznie identyczny czas jak w sobotę. Jeżeli nic mi nie wypadnie, następny bieg jutro.

 

dwadzieścia siedem

W czwartek czwartego lipca zmieniłem trochę trasę. Na szóstym kilometrze odbiłem w drugą stronę licząc, że i tak dobiegnę do ostatniej prostej, tylko inaczej. Okazało się jedna, że w miejscu, gdzie zakładałem przekroczenie drogi, nie jest to możliwe i musiałem zawrócić. Skończyło się tym, że zrobiłem około pół kilometra więcej. Dziesięć kilometrów zajęło mi godzinę i 40 sekund.

Następne bieganie miało miejsce w górach, w okolicach Goleszowa. Piszę „góry”, ale tak naprawdę było to zwykłe bieganie po dość płaskim terenie. Przyjemne, bo po pustych, wiejskich dróżkach wcześnie rano w niedzielę. Było na tyle miło, że przebiegłem więcej niż zazwyczaj, 11,5 km. Kończąc miałem zapas się na przynajmniej 2 kolejne.

Wczoraj wahałem się, czy nie przełożyć startu na wieczór, bo około południa było bardzo gorąco. Wiem jednak, że ciężko jest mi się tak późno zmobilizować. Dlatego też ostatecznie ruszyłem przed trzynastą, bez oglądania się na pogodę. Wyszło całkiem nieźle. Dziewięć i pół kilometra w 56 i pół minuty. Jeżeli nic mi nie wypadnie, dzisiaj kolejne bieganie.