zero zero trzy

Dziś pierwszy dzień nowego miesiąca. To dobra okazja, żeby podsumować ten miniony i może również dotychczasowe siedem bieżącego roku.

Zacznijmy od sierpnia. Zrobiłem 294 kilometry. Wiedziałem, że bardzo mało zabraknie do trzystu, ale postanowiłem sobie opuścić., bo i po co?
Biegałem swoimi stałymi, leśnymi trasami, ale raz byłem z kumplem w Szczyrku i tam wbiegliśmy na Skrzyczne robiąc łącznie dwadzieścia sześć kilometrów.

W całym 2019 przebiegłem łącznie 1412 km. Daje to niezłą średnią około dwustu kilometrów na miesiąc, przy czym w styczniu zrobiłem ich tylko 61, w lutym „aż 95” i dopiero w marcu zbliżyłem się do dwustu. Kwiecień i maj były znowu trochę słabsze, w czerwcu zbliżyłem się do 250. Dystans sierpnia podałem na początku wpisu.

W przyszłym tygodniu chcę przebiec ponad 50 km po górach i sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Poza tym nie mam – jak zawsze – specjalnych planów. Byle był czas i chęci na wychodzenie z domu. To wystarczy.

sto czterdzieści osiem

jedenOstatnia niedziela maja to tradycyjny termin „Pielgrzymki Mężczyzn i Młodzieńców do Matki Bożej Piekarskiej”.
Gdy byłem znacznie młodszy, często jeździłem tam na rowerze. Z ojcem lub kolegami. Różnie. Ostatnio pojechałem do Piekar w 2009, a więc już sporo lat temu.

W tym roku zaświtała mi myśl, by do Piekar pobiec. Sprawdziłem. Jakieś 28 do 31 kilometrów w jedną stronę, zależnie od trasy. Sporo, ale przecież jak najbardziej w zasięgu moich możliwości…

Nie przygotowywałem się  jakoś specjalnie; nawet nie zrobiłem sobie dnia przerwy w bieganiu, a przecież od blisko miesiąca biegam codziennie. Ruszyłem tak po prostu, z marszu. Uzbrojony w dwa banany, dwa żele energetyczne w tubce oraz trzy bidony z czerwoną herbatą, miętą, miodem, cytryną i szczyptą soli. Wszystko to załadowałem do lekkiego plecaka i pasa biodrowego.

Bieg rozpocząłem kilka minut przed szóstą. Już wtedy było ciepło. Starałem się nie kontrolować tempa choć zakładałem, że trzy godziny powinny mi wystarczyć.
Tak też się stało. Na miejsce, po 29,13 km, dotarłem, gdy TomTom wskazywał 02:50 minut. Nieźle, bo to przecież tempo poniżej sześciu minut na kilometr. Musiałem je, intuicyjnie, całkiem rozsądnie dobrać, skoro na miejscu czułem się dobrze, a nawet rześko. Porozciągałem się; na cmentarzu umyłem zimną wodą z kranu, przebrałem skarpety i bluzkę. Wtopiłem się w tłum ciesząc się, że znowu jestem w tym szczególnym miejscu.
dwa
Cały czas jeszcze nie wiedziałem, co ostatecznie począć z drogą powrotną. Pierwotny plan był taki, że pobiegnę tyle, ile dam radę, ale raczej nie więcej niż 10-15 kilometrów. Gdy będę miał dość zatrzymam się i  zadzwonię po transport.

Gdy można już było zbierać się do domu, uzupełniłem bidony jakimiś izotonikami ze sklepu, przeszedłem około kilometra, włączyłem pomiar czasu i zacząłem będąc bardzo ciekawym, co z tego wyniknie.

Upał był już nieznośny, a ja niestety dreptałem poboczem dróg z rzadka tylko osłoniętymi od słońca. Mimo to biegło mi się wcale znośnie. Kolejne kilometry zdawały się mijać szybciej, bo poznawałem kolejne punkty przybliżające mnie do celu. Kryzys – choć to jednak zbyt duże słowo – przyszedł około dwudziestego kilometra. Wtedy poczułem, że mam już serdecznie dość. Nawet nie to, że bolą mnie nogi (choć faktycznie trochę już dawały się we znaki), ale że tak zwyczajnie mi się nie chce.
Z drugiej strony jednak gdzieś tam kołatała się myśl, że jeszcze tylko dziesięć kilometrów. A co to jest dziesięć kilometrów? Tyle przecież robię przecież praktycznie codziennie z łatwością…

Oszukując się w ten sposób i starając się oderwać myślami od wszystkiego co dzieje się w mojej głowie i wokół, biegłem więc dalej. Wolno, jednak bez zatrzymywania się i przechodzenia w chód.

I ostatecznie zrobiłem to.

Po kilku godzinach przerwy przebiegłem 28 kilometrów. W 02:52, a więc ze średnim tempem powyżej sześciu minut, ale to przecież i tak całkiem dobry wynik. Najważniejsze, że dałem radę. 58 kilometrów jednego dnia!
trzy
Największy jak dotąd mój wyczyn. Oby nie ostatni.

sto czterdzieści siedem

Dziś dwudziesty czwarty maja, a ja mam już za sobą trzysta cztery kilometry. Raz nawet, bodajże przedwczoraj, biegałem rano i wieczorem robiąc łącznie dwadzieścia i pół kilometra. Dzisiaj też przebiegłem trochę więcej kilometrów niż zazwyczaj, bo czternaście. Dwunastego maja zrobiłem ich jednorazowo dwadzieścia pięć, ale o tym już ostatnio wspominałem.
Wszystko dlatego, że udaje mi się  wygospodarować czas by biegać codziennie i, co bardzo przy tym ważne, nie czuję przy tym jakiegoś przesadnego zmęczenia lub zniechęcenia. Owszem, jak zawsze, zdarza mi się słabszy dzień i wymuszony bieg pozbawiony jakichś głębszych treści, ale tego nie sposób przecież uniknąć.
Jestem ciekawy, jakim dystansem będę się mógł pochwalić pierwszego czerwca. Wbrew pozorom trudno to zaplanować.

304

sto czterdzieści sześć

Jutro mija miesiąc od ostatniego wpisu, więc to całkiem niezła okazja, by pokusić się o małe podsumowanie kwietnia oraz tego, co wydarzyło się w maju.
Zatem kolejno:
Na pewno nie można nazwać mnie sprinterem. Biegam coraz wolniej, a przynajmniej częściej nigdzie się nie spieszę, tylko miarowo przemierzam kolejne kilometry. Trudno stwierdzić, czy to dobra taktyka, ale sądząc z dystansu, na pewno przekłada się to odległość. Ta w kwietniu wyniosła 310 kilometrów.
Poniżej pełniejsze zestawienie:

biegkwicieb

Maj również rozpocząłem całkiem żwawo.
Najpierw jednak krótko o nowym nabytku, czyli zegarku z pulsometrem.
To TomTom Runner 3 Cardio:

tomtom

Bez wdawania się w szczegóły, jestem z niego bardzo zadowolony.

A wracając do bieżącego miesiąca…
Na teraz mam w nogach 149 kilometrów. Najwięcej dołożyłem dzisiaj, bo aż 25. Tak ładnie padało, a szum lasu koił, że nie mogłem przestać, choć początkowo zakładałem, że będę biegał przez 90 minut.

Poniżej zrzuty z ekranu aplikacji TomTom:

To tyle na teraz.
Ciekawe, kiedy napiszę tu coś znowu 🙂

 

 

sto trzydzieści sześć

Nie ma sensu się tłumaczyć. I tak nikt tu nie zagląda. Ale, tak dla porządku, napiszę, że niespecjalnie się starałem uzupełniać tu choć odrobinę regularnie wpisy, co przecież nie raz i nie dwa zapowiadałem… Zdecydowanie lepiej wychodzi mi na lakonicznym Twitterze: przemsa@twitter ma się nieźle. Tam, pod adresem https://twitter.com/przemsa, krótko opisywałem swoje biegi. Dziś nie składam deklaracji, że i tutaj będę częściej coś zamieszczał. Zobaczymy. Teraz tylko podsumowanie minionego roku wyciągnięte z serwisu smashrun.com.

http://pl.smashrun.com/jprzemsa/overview/2016

Dodatkowo to samo bezpośrednio z serwisu nike+
twitterhttps://twitter.com/przemsa/status/815897184470257664

sto trzydzieści cztery

Wstając dziś przez szóstą rano wiedziałem tylko tyle, że zaplanowałem bieg. Pozbierałem się i po kilkunastu minutach ruszyłem. W zupełnie innym kierunku niż zazwyczaj. Przyjemną trasą wzdłuż lasu, ale także wzdłuż drogi. Cały czas asfaltem w każdym razie. Najpierw chciałem zawrócić po 7,5 km żeby zrobić 15. Ostatecznie dołożyłem jeszcze blisko trzy zanim ruszyłem znów w stronę domu. Gdy zegarek pokazał trochę ponad 20, rozładował się… Sięgnąłem więc po telefon i navime gps tracker. Okazało się, że go nie włączyłem. Zdziebko mnie to zdenerwowało, ale naprawdę minimalnie. Uznałem jednak, że to znak, by wracać i zrezygnowałem z dokręcania do 25, a taka myśl od pewnego czasu kołatała mi w głowie. Trudno jest mi więc powiedzieć, ile kilometrów faktycznie zrobiłem, ale sądzę, że trochę ponad 22, może nawet 23. Tempo też miałem raczej niezłe, około 05’25”/km. Istotne, że te dwie godziny z samym sobą ani przez moment mi się nie dłużyły.

 

sto trzydzieści trzy

W poprzednim wpisie nie wspomniałem, że zrobiliśmy wczoraj blisko 23 km. To wprawdzie bez znaczenia głównie z tego powodu, że trudno było nazwać tę aktywność biegiem, ale faktem jest, że nasze nogi musiały ten dystans odmierzyć. Schowek01Dlatego dzisiaj miałem pewne wątpliwości, czy powinienem biegać. Ponieważ jednak nic specjalnie mnie nie bolało, trudno było mi znaleźć powód do pozostania w domu. Więc gdy już powiedziałem A, czyli się przygotowałem do wyjścia, od razu dodałem B, które w tym przypadku oznaczało start w samo południe, czyli w największe upały.
No i nie było lekko, nie tylko ze względu na słońce. Zmęczenie z poprzedniego dnia dało szybko o sobie znać i nie potrafiłem się zbytnio rozpędzić. Tak się jednak w tym truchtaniu zapomniałem, że ostatecznie nieświadomie i niechcący dołożyłem sobie jeszcze jedną pętle w lesie i 13 km zamieniło się w 15. Zorientowałem się zerkając na zegarek pod sam koniec… W sumie dobrze, choć teraz już czuję, jak bardzo jestem osłabiony.

sto dwadzieścia dziewięć

Zamknąłem dziś marzec. To pierwszy miesiąc tego roku, który wreszcie porządnie przebiegałem. Obyło się bez kontuzji lub chorób, bo napadów kaszlu, które nachodzą mnie ostatnio po wysiłku nie liczę. Są krótkotrwałe i sądzę, że mają coś wspólnego z uczuleniem na coś, co teraz pyli. Poniżej dwa zrzuty ekranu z wynikami.

000000000000

0000000000001

sto dwadzieścia osiem

 

Dwa biegi po 16 km z małym hakiem.

Pierwszy wysoko w górach, drugi po mieście.

Poniżej bardzo krótkie relacje z twittera i kilka zdjęć z tego pierwszego, w plenerze.

 

 

 

 

sto dwadzieścia trzy

Mgłę w lesie można uznać za pewną namiastką śniegu. W każdym razie dzięki niej było choć trochę biało. Poza tym jednak wiosna. Dwudziestego czwartego grudnia, w wigilię… Wprawdzie bluzę miałem z długim rękawem, ale spodenki krótkie. Do tego czapka patrolówka, która noszę zazwyczaj tylko do jesieni. Wszystko to jest jednak bez większego znaczenia. Najważniejsze, że sam bieg był niesamowity. Czułem się trochę, jak dobrze naoliwiona maszyna zaprogramowana na naprzemienne stawiane nóg na ziemi i równe oddychanie. Mózg, gdzieś zupełnie obok, mógł tylko rejestrować zmieniający się krajobraz. Piętnaście kilometrów. Spokojnie podciągnąłbym więcej, ale nie chciałem przesadzić. Tempo 04’54”/km. W trakcie ani razu nie spojrzałem na zegarek. Piękne wigilijne odprężenie. Dziękuję.