zero zero dziewięć

1Wielka Nizina Węgierska to jakieś sto tysięcy kilometrów kwadratowych, z czego mniej więcej połowa leży na terenach współczesnych Węgier. Jest więc ogromna. Powyższego rzecz jasna nie widziałem spędzając tam kolejne wakacje, ale też nie miało to większego znaczenia. W tym roku pierwszy raz jednak zwróciłem uwagę, jak bardzo w okolicy miasteczka Gyula jest płasko. 3Poprzednio biegałem jego uliczkami i dopiero teraz ruszyłem na obrzeża, w plener: nad rzekę Biały Keresz. To właśnie jej wały przemierzyłem kilkakrotnie wczesnymi sierpniowymi porankami i raz wieczorem. W rożne strony. Z nurtem, czyli w kierunku, gdzie łączy się z Kereszem Czarnym tworząc Keresz właściwy, jak i w stronę przeciwną. Zdarzyło mi się też przebiegać przez mosty nad tą rzeką. W tym przez kolejowy, co nie było zbyt mądrym pomysłem. 2
Pewnego poranka leciałem przez niego niespiesznie w ogóle nie myśląc o pociągach i gdy z niego zszedłem, nie minęło piętnaście sekund, a torami przejechała ze sporą prędkością lokomotywa z dwoma wagonami. Tak więc miałem sporo szczęścia. Poza tym jednak było po prostu przyjemnie. Gdybym był tam sam, mógłbym biegać bardzo długo i daleko tymi wałami podziwiając leniwą rzekę i spokojne, barwne krajobrazy.

zero zero osiem

Właśnie wróciłem z pierwszego w tym miesiącu biegu. Niezbyt szybkiego, ale za to – że się tak wyrażę – sycącego. Ponad szesnaście kilometrów rozpoczęte o piątej dwadzieścia dwa, gdy na dworze jest jeszcze ciemno, nie mogło nie być udane.
Nie spieszyłem się, tylko spokojnie wbijałem się w kolejne leśne ścieżki, z których tylko część jest mi dobrze znana. Nie planowałem, ile kilometrów chcę zrobić, choć wiedziałem, że na pewno będzie to więcej niż dziesięć. Takie założenie w zupełności wystarczyło. Zbytnie komplikowanie spraw prostych zawsze przeszkadza.
Picture

Teraz, jeszcze przed prysznicem, choć już rozebrany, cieszę się tym leniwym spokojem, który dają tylko dobrze odmierzone kilometry w ciszy lasu, o nieludzkiej dla niektórych (na szczęście nie dla mnie) – zwłaszcza w taki dzień jak niedziela – porze.

zero zero siedem

Minęło sporo więcej niż tydzień od mojego poprzedniego wpisu. Jest jednak okres wakacyjny, a ja ponad tydzień byłem na Węgrzech i zwyczajnie nie chciało mi się włączać komputera. Komórki zresztą też. Dzięki temu całkiem nieźle odpocząłem. Nie od biegania oczywiście, bo bieganie samo w sobie jest wypoczynkiem.
Zanim jednak napiszę trochę więcej o trasach Wielkiej Niziny Węgierskiej, na zakończenie tej notki zapis z… koszenia trawy w ogródku.
Dwa kilometry, pięćdziesiąt minut. Średnia prędkość 2,4 km/h i 323 spalonych kcal (-:

koszenie

 

zero zero sześć

Wystartowałem o czwartej rano. Zgodnie z planem. Było przyjemnie ciepło. Wbiegłem do lasu i od razu wiedziałem, że jest dobrze. Nie spieszyłem się. Chciałem utrzymywać tempo na poziomie 6 minut na kilometr i tak mi się udawało. Przyjąłem, że zrobię dziesięć, może dwanaście kilometrów, ale około ósmego spłoszyłem dzika. Naprawdę dużego. Zaczął uciekać w tę stronę, gdzie miałem biec więc uznałem, że lepiej będzie zawrócić. Tak na wszelki wypadek, bo mógł przecież uznać, że boi się mnie na tyle, że warto zaatakować. Spowodowało to konieczność zmiany trasy i ostatecznie wydłużyło ją do aż 16 kilometrów. Całkiem sporo jak na tak wczesną porę, ale nie żałuję.
Picture

 

zero zero pięć

Świeżo zakupiony zegarek Polar Vantage M naładowałem do pełna we wtorek około 16:00. Od tego momentu nie zdejmowałem go z nadgarstka pozostawiając cały czas włączoną funkcję pomiaru tętna. Dodatkowo przebiegłem z nim blisko pięć godzin z włączonym GPS. IMG_20190803_044928O ładowanie upomniał się w piątek po ostatnim, czwartym, składającym się na te niespełna pięć godzin aktywności starcie. Nie wiem, ile jeszcze by wytrzymał, ale wtedy była dziesiąta, zatem upłynęły niespełna trzy doby: mniej więcej 72 godziny. Myślę, że to całkiem niezły rezultat.

Wstałem dziś kilka minut po trzeciej. Nakarmiłem i pogłaskałem kota, umyłem się, przebrałem, przelałem do bidonu przygotowaną dzień wcześniej czerwoną herbatę i po ponownym ściągnięciu kota z kolan wyruszyłem. Z czołówką na głowie, bo było jeszcze ciemno. Dreptałem równo, powoli. Bardzo starałem się nie spieszyć, co wcale nie jest takie łatwe. Dziś jednak wychodziło mi to całkiem dobrze, co widać po czasie i strefach tętna.
Clipboard01
IMG_20190803_044928
Zakończyłem bieg po siedemnastu kilometrach, gdy było już całkiem jasno.
Jutro dzień przerwy, a w przyszłym tygodniu przynajmniej jeszcze raz chcę zaliczyć las przed świtem. Jest wtedy nawet bardziej niż zazwyczaj niesamowity.

 

 

zero zero cztery

Wczoraj i dziś zrobiłem równo po 11,5 km. Inne były tylko pory dnia. Raz już po szesnastej, a dzisiaj około ósmej rano. Cieszą mnie zwłaszcza te popołudniowe wyjścia z domu. Dotąd zdarzało mi się to bardzo rzadko, bo jestem osobą, która woli wstać o czwartej niż iść spIMG_20190802_091341ać dopiero o północy. Zresztą to nie tylko kwestia preferencji. Bardzo często wstaję właśnie około czwartej nad ranem. A jutro, z powodów, których na razie nie podam, obudzę się jeszcze wcześniej. Chcę wyruszyć do lasu przed świtem, z latarką czołową. Powinno być fajnie.

Od ósmego maja (znam tak dokładną datę, bo sobie zanotowałem), praktycznie na każdy bieg wyruszam z trzykilogramową, specjalną kamizelką wypełnioną piaskiem. Trudno mi stwierdzić, czy ma to jakikolwiek sens, ale myślę, że chyba jednak zwiększa wytrzymałość, a przynajmniej jest nienajgorszym przygotowaniem do wybiegań z plecakiem.
Na zdjęciu trochę widać, że mam to na sobie.

zero zero trzy

Dziś pierwszy dzień nowego miesiąca. To dobra okazja, żeby podsumować ten miniony i może również dotychczasowe siedem bieżącego roku.

Zacznijmy od sierpnia. Zrobiłem 294 kilometry. Wiedziałem, że bardzo mało zabraknie do trzystu, ale postanowiłem sobie opuścić., bo i po co?
Biegałem swoimi stałymi, leśnymi trasami, ale raz byłem z kumplem w Szczyrku i tam wbiegliśmy na Skrzyczne robiąc łącznie dwadzieścia sześć kilometrów.

W całym 2019 przebiegłem łącznie 1412 km. Daje to niezłą średnią około dwustu kilometrów na miesiąc, przy czym w styczniu zrobiłem ich tylko 61, w lutym „aż 95” i dopiero w marcu zbliżyłem się do dwustu. Kwiecień i maj były znowu trochę słabsze, w czerwcu zbliżyłem się do 250. Dystans sierpnia podałem na początku wpisu.

W przyszłym tygodniu chcę przebiec ponad 50 km po górach i sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Poza tym nie mam – jak zawsze – specjalnych planów. Byle był czas i chęci na wychodzenie z domu. To wystarczy.