sto sześć

Biegłem sobie spokojnie piąty kilometr, gdy z daleka ujrzałem znanego mi z widzenia faceta. Był niewiele przede mną, powoli go doganiałem. Spotykam go czasem i wiem, że ma tempo pewnie bliższe nawet ośmiu, niż dziewięciu kilometrom na godzinę. Znacznie starszy, sporo niższy i tęższy ode mnie, więc w sumie nic dziwnego, że raczej spokojnie swoje dystanse przemierza. Dotąd jednak nie miałem okazji biec w tym samym co on kierunku, tak jakoś się układało. Gdy się z nim zrównałem i machnąłem mu na przywitanie ręką, nawet nie odwzajemnił tego gestu, tylko ruszył z kopyta odstawiając mnie o dobre dwa lub trzy metry. Ewidentnie chciał się ścigać. Przez krótki moment kusiło mnie, żeby pokazać mu, że ja tu bynajmniej żył sobie nie wypruwam i żaden ból mięśni skrzydeł mi nie podcina, ale się powstrzymałem. Dalej biegłem swoje zastanawiając się tylko – nie bez złośliwej satysfakcji, ze wstydem to przyznaję – ile da radę. Czułem, że lecę w tempie poniżej pięciu minut na kilometr, a to musiało być dla niego za dużo. Szczerze (i złośliwie…) byłem ciekawy, jak długo potrafi podobne utrzymać. Nie minęło więcej niż trzysta metrów i spuchł. Wyprzedziłem go nie oglądając się. Biegłem dalej swoje. Tyle.

A teraz czas na puentę: Po co mu to było? Nie wiem. Zapewne chciał coś samemu sobie udowodnić, nie było to nic związanego konkretnie ze mną. Po prostu ja akurat się napatoczyłem. Czy gdybym zaczął wlec się za nim, poczułby się lepiej? Również nie wiem. Zapewne tak. Czy jednak powinienem był mu dać tę satysfakcję? Nie, na pewno nie. To jego problemy, ambicje, cele i wyobrażenia. Ja mam swoje i nic w tym złego, że nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Dane jest mi biegać, a zmagań z kimś więcej niż ja sam zbyt wiele mi nie potrzeba.

PS Dziś tempo identyczne, jak wczoraj: 04’55’’/km. Dystans trochę dłuższy: 11740 m w czasie 57’48’’. Siódmy dzień z rzędu. Łącznie prawie równe 80 km.

bieg, 23.05.15

bieg, 23.05.15

sto cztery

Właśnie wróciłem z dwudziestego, ostatniego w tym miesiącu startu. Podobnie jak wczoraj, był bardzo udany. Od początku do końca biegło mi się lekko i przyjemnie. 11,25 km ze średnią 04’55” na km. Cały kwiecień natomiast zamknąłem dystansem 224,6 km i średnim tempem na kilometr sekundę poniżej pięciu minut.
A oto wykres z tego okresu wygenerowany przez stronę nike plus:

przemsa@kwiecien2015

Wyniki z kwietnia 2015

Kolejny start już w maju. Nie wiem jeszcze tylko, kiedy dokładnie. Może jutro, a może dopiero w sobotę lub niedzielę? Ciężko mi zdecydować w tym momencie.

sto trzy

Dziś 28. kwietnia. Od ostatniego (18.04) wpisu biegałem jeszcze – wliczając dzisiejszy start – sześć razy. Wszystko jest na twitterze @przemsa. W każdym razie właśnie wróciłem z biegu na trochę ponad 11 km, podczas którego przekroczyłem 200 km w tym miesiącu. Pobiegłbym dalej, ale po raz kolejny dopadł mnie listonosz i mając do wyboru zakończenie truchtania albo wizytę na poczcie z aviso, wybrałem to pierwsze. Trochę żałuję, bo świetnie mi dzisiaj szło i chciałem zaliczyć pare kilometrów więcej. Trudno. Nie szkodzi. Dodam, że pierwotnie miałem zamiar ruszyć o 06:00, jednak lenistwo wygrało. Dzięki temu dwie godziny przed startem zjadłem śniadnie i to mogło też pomóc. Kończąc: dziś równe 11270 metrów w 55 min. 40 sek., średnie tempo 04 min. 56 sek. Teraz czas na prysznic i pranie.

sto

Tak bardzo nie chciało mi się biegać, że poszedłem się zdrzemnąć. Co ciekawe, udało mi się zasnąć. Jednak nie pomogło, a wręcz było jeszcze gorzej. Na myśl, że mam wyjść z domu robiło mi się słabo. Gdy jednak wyłączyłem myślenie i szybko się przebrałem, jakoś ruszyłem. Przez pierwsze dwa kilometry marzyłem tylko o tym, by zawrócić, bo do niechęci doszedł jeszcze chłód. Jednak nagle – około trzeciego kilometra – wszystko to minęło. Wpadłem we właściwy rytm, który nie opuścił mnie do samego końca. Pod domem okazało się, że te 11200 metrów zajęło mi 54’42”, co daje średnią 4’53” na każdy kilometr.

oooooooooo

dziewięćdziesiąt dziewięć

Trzy raz „zbyt”:
1. Zbyt dużo zjadłem na śniadanie,
2. Zbyt szybko ruszyłem po tym posiłku,
3. Zbyt ciepło się ubrałem.
Tak właśnie sobie myślałem podczas dzisiejszego, mocno dla mnie męczącego biegu. Dlatego też, gdy go ukończyłem pod domem i zerknąłem na zegarek, byłem szczerze zdziwiony. Niecałe 5 minut na każdy z 11 km? Mógłbym się założyć, że będzie to bliżej 5’30”, a tu taka niespodzianka. Nie zmienia to jednak w niczym ogólnego wrażenia – nie jestem z tego startu specjalnie zadowolony. Kolejny w poniedziałek lub wtorek.

040415

siedmedziesiąt cztery

W listopadzie biegałem 21 razy.
Do 12 listopada – 9 razy – na dystansie około 10 km.
Od 13 listopada – 12 razy – na dystansie 11 km. Wydłużyłem trochę trasę o jedną małą pętlę i 11 km wypada teraz idealnie pod drzwiami mojego domu.
Łącznie przebiegłem 223 km ze średnim tempem 5’06”/km.