sto dziewięć

10.06.2015

10.06.2015

145 godzin i 45 minut. Mniej więcej tyle czasu minęło od mojego ostatniego startu. Dzisiaj, gdy postanowiłem, że koniecznie już muszę pobiegać, cieszyłem się na ten powrót jak mały dzieciak. Obawiałem się w prawdzie, że po tak długiej przerwie mogę mieć problem z kondycją lub motywacją, jednak wszystkie te wątpliwości okazały się bezzasadne. Gdy ruszyłem, prawie od razu poczułem, że jestem we właściwym miejscu. Ogarnął mnie kompletny z spokój. Z głowy wyleciały wszystkie myśli o przyziemnych sprawach i czekających na rozwiązanie problemach. Biegłem nie myśląc o niczym. Znane mi doskonale miejsca rejestrowałem tylko częściowo świadomie. Przelatywały obok stając się tłem dla mnie funkcjonującego niczym jakaś przebudzona po długim śnie istota, która doświadcza poznawania na nowo czegoś wprawdzie już znanego, ale odkrywanego teraz z powrotem. Wiem, że brzmi to dość absurdalnie i górnolotnie, ale naprawdę niewiele pamiętam z większej części przebiegniętej dziś trasy. Poza spokojem i jakąś wewnętrzną radością niewiele pozostało mi wspomnień. Musiałbym się bardzo wysilić, by móc wskazać jakieś szczegóły. Kogoś minąłem, nawet kilka osób, ale zupełnie nie wiem, w którym było to dokładnie miejscu i jak ludzie ci wyglądali. Nie czułem też zmęczenia, choć pod domem okazało się, że biegłem w tempie 12 kilometrów na godzinę, bo taki właśnie dystans pokonałem w 60 minut.
Dla takich momentów warto biegać i szkoda, że nie można w żaden sposób wywołać ich na przykład poprzez odpowiedni czas między biegami lub też odpowiednim przygotowaniem czy tempem. Nie. Te chwile przychodzą same i są rezultatem regularnego biegania jako takiego. Zdarzają się niespodziewanie między kolejnymi zwykłymi lub wręcz nudnymi treningami i pewnie właśnie dlatego, tak bardzo się wyróżniają. Gdyby nie było tego tła, zabrakłoby też punktu odniesienia, by móc te momenty docenić. Zresztą niemożliwe jest przecież, by za każdym razem było tak pięknie. Myślę, że właśnie ta mieszanka codzienności z niezwykłością jest właśnie tym, co czyni bieganie tak niezwykłym sportem.

sto dwa

bieg z 18.04.2015
W dziesięciostopniowej skali niechcenia dziś było blisko siódemki. Nie potrafiłem się zebrać. Już nawet założyłem, że po czterech dniach biegowych przydadzą mi się trzy dni przerwy. Pewne jest bowiem, że w niedzielę nie ruszę. Miał więc być dopiero poniedziałek, a sobotę przeznaczyłbym na cokolwiek, byle nie na szwendanie się po lesie. Jak to się stało, że jednak ruszyłem, nie wiem. Istotne, że się przebrałem, wyszedłem, pomyślałem: „o kurde, ale zimno!” i ruszyłem przed siebie. Szybko. Złapałem tempo już na pierwszym kilometrze. Choć nie sprawdzałem czasu wiedziałem, że idę konkretnie. Na żadnym z dwunastu kilometrów nie przekroczyłem 5 minut. Najgorszy wynik to 04’58”, a każde pozostałe 1000 metrów bliżej 04’45”. Ostatecznie taką właśnie miałem średnią: 4 min. 45 sek. na każdy z 12 kilometrów. Łącznie 57 min. i 08 sekund. Trochę żałuję, że niedociągnąłem do pełnej godziny, ale co tam. Podsumowując krótko: świetny bieg. I teraz też czuję się wyśmienicie.