sto

Tak bardzo nie chciało mi się biegać, że poszedłem się zdrzemnąć. Co ciekawe, udało mi się zasnąć. Jednak nie pomogło, a wręcz było jeszcze gorzej. Na myśl, że mam wyjść z domu robiło mi się słabo. Gdy jednak wyłączyłem myślenie i szybko się przebrałem, jakoś ruszyłem. Przez pierwsze dwa kilometry marzyłem tylko o tym, by zawrócić, bo do niechęci doszedł jeszcze chłód. Jednak nagle – około trzeciego kilometra – wszystko to minęło. Wpadłem we właściwy rytm, który nie opuścił mnie do samego końca. Pod domem okazało się, że te 11200 metrów zajęło mi 54’42”, co daje średnią 4’53” na każdy kilometr.

oooooooooo

trzydzieści trzy

Teraz podsumowanie bardzo świężego biegu sprzed około pięciu godzin oraz sobotniego z siódmej rano. Dziś było ciepło, ale nie gorąco. Ruszając nie wiedziałem, czego mam się spodziewać. Takie właśnie mocno obojętne nastawienie towarzyszyło mi przez całą trasę. I było to przyjemne. Nie odczuwałem zmęczenia. Po 9,6 km został mi jeszcze spory zapas sił. Dystans ten zajął mi 55 min. i 42 sek. W sobotę było jeszcze lepiej. Po fatalnym stracie ze środy, gdy upał dał mi się bardzo we znaki, pogoda sprzyjała. Lekko mżyło, temperatura nie przekraczała piętnastu stopni. Czułem, że mogę dużo i tak faktycznie było. Nie rozpędzałem się zbytnio, w sumie z nudów tylko dobijając do 11 km. Mogłem dużo więcej, pewnie nawet i 20 spokojnie by stuknęło. Nie skusiłem się jednak. 11 km w 63 min. mi wystarczyło.