sto

Tak bardzo nie chciało mi się biegać, że poszedłem się zdrzemnąć. Co ciekawe, udało mi się zasnąć. Jednak nie pomogło, a wręcz było jeszcze gorzej. Na myśl, że mam wyjść z domu robiło mi się słabo. Gdy jednak wyłączyłem myślenie i szybko się przebrałem, jakoś ruszyłem. Przez pierwsze dwa kilometry marzyłem tylko o tym, by zawrócić, bo do niechęci doszedł jeszcze chłód. Jednak nagle – około trzeciego kilometra – wszystko to minęło. Wpadłem we właściwy rytm, który nie opuścił mnie do samego końca. Pod domem okazało się, że te 11200 metrów zajęło mi 54’42”, co daje średnią 4’53” na każdy kilometr.

oooooooooo

trzy

Styczeń okazał się niezbyt intensywny. Biegałem jeszcze tylko 12-tego, 13-tego i 20-tego. Każdorazowo 7,5 km w czasie około 45-47 minut. Nie wiem, jaki będzie luty, ale przynajmniej na razie zapowiada się nieźle. W sobotę przebiegłem 8100 m. w 51 minut. Przy czterech stopniach na plusie, głównie po błocie, w lekkim deszczu i lodzie zalegającym w miejscach, gdzie z powodu drzew słońce słabo dociera.
Lepiej było następnego dnia. Temperatura spadła nieznacznie poniżej zera, pruszył lekki śnieg. Byłem odprężony i spokojny. Swobodnie i z przyjemnością pokonałem 8 km w 49,5 minut. Kolejne wyjście w środę lub w czwartek. Takie przynajmniej mam plany.