zero dziesięć

Dziś drugi dzień z rzędu wybiegłem na tyle wcześnie, by było jeszcze ciemno. Z latarką czołową i ubrany dość lekko, bo nawet o piątej rano jest jeszcze ciepło. Przyjemnie mi się biegło. Już chyba o tym pisałem: czasem lekko drzemię w czasie takich rozbiegań. Oczywiście nie dosłownie, jednak – zwłaszcza z początku – jestem na tyle odłączony od większości bodźców, że ledwie je rejestruje. To bardzo przyjemne uczucie, ale musi przyjść samo, automatycznie. Gdy dostrzegam, że właśnie w taki sposób minęło mi kilka kilometrów, ten stan mija. Taki paradoks, hehe.
Podsumowując: czwartek – start 05:15 – około 11,5 km; piątek – start 04:55 – około 13 km.

A teraz czas przygotować zieloną herbatę do bidonu na jutro albo niedzielę. Ostatnio właśnie ją piję w czasie biegu. Prosto z Chin, sprasowana w kostkę. Lubię.
Picture