zero dziesięć

Dziś drugi dzień z rzędu wybiegłem na tyle wcześnie, by było jeszcze ciemno. Z latarką czołową i ubrany dość lekko, bo nawet o piątej rano jest jeszcze ciepło. Przyjemnie mi się biegło. Już chyba o tym pisałem: czasem lekko drzemię w czasie takich rozbiegań. Oczywiście nie dosłownie, jednak – zwłaszcza z początku – jestem na tyle odłączony od większości bodźców, że ledwie je rejestruje. To bardzo przyjemne uczucie, ale musi przyjść samo, automatycznie. Gdy dostrzegam, że właśnie w taki sposób minęło mi kilka kilometrów, ten stan mija. Taki paradoks, hehe.
Podsumowując: czwartek – start 05:15 – około 11,5 km; piątek – start 04:55 – około 13 km.

A teraz czas przygotować zieloną herbatę do bidonu na jutro albo niedzielę. Ostatnio właśnie ją piję w czasie biegu. Prosto z Chin, sprasowana w kostkę. Lubię.
Picture

zero zero pięć

Świeżo zakupiony zegarek Polar Vantage M naładowałem do pełna we wtorek około 16:00. Od tego momentu nie zdejmowałem go z nadgarstka pozostawiając cały czas włączoną funkcję pomiaru tętna. Dodatkowo przebiegłem z nim blisko pięć godzin z włączonym GPS. IMG_20190803_044928O ładowanie upomniał się w piątek po ostatnim, czwartym, składającym się na te niespełna pięć godzin aktywności starcie. Nie wiem, ile jeszcze by wytrzymał, ale wtedy była dziesiąta, zatem upłynęły niespełna trzy doby: mniej więcej 72 godziny. Myślę, że to całkiem niezły rezultat.

Wstałem dziś kilka minut po trzeciej. Nakarmiłem i pogłaskałem kota, umyłem się, przebrałem, przelałem do bidonu przygotowaną dzień wcześniej czerwoną herbatę i po ponownym ściągnięciu kota z kolan wyruszyłem. Z czołówką na głowie, bo było jeszcze ciemno. Dreptałem równo, powoli. Bardzo starałem się nie spieszyć, co wcale nie jest takie łatwe. Dziś jednak wychodziło mi to całkiem dobrze, co widać po czasie i strefach tętna.
Clipboard01
IMG_20190803_044928
Zakończyłem bieg po siedemnastu kilometrach, gdy było już całkiem jasno.
Jutro dzień przerwy, a w przyszłym tygodniu przynajmniej jeszcze raz chcę zaliczyć las przed świtem. Jest wtedy nawet bardziej niż zazwyczaj niesamowity.

 

 

zero zero cztery

Wczoraj i dziś zrobiłem równo po 11,5 km. Inne były tylko pory dnia. Raz już po szesnastej, a dzisiaj około ósmej rano. Cieszą mnie zwłaszcza te popołudniowe wyjścia z domu. Dotąd zdarzało mi się to bardzo rzadko, bo jestem osobą, która woli wstać o czwartej niż iść spIMG_20190802_091341ać dopiero o północy. Zresztą to nie tylko kwestia preferencji. Bardzo często wstaję właśnie około czwartej nad ranem. A jutro, z powodów, których na razie nie podam, obudzę się jeszcze wcześniej. Chcę wyruszyć do lasu przed świtem, z latarką czołową. Powinno być fajnie.

Od ósmego maja (znam tak dokładną datę, bo sobie zanotowałem), praktycznie na każdy bieg wyruszam z trzykilogramową, specjalną kamizelką wypełnioną piaskiem. Trudno mi stwierdzić, czy ma to jakikolwiek sens, ale myślę, że chyba jednak zwiększa wytrzymałość, a przynajmniej jest nienajgorszym przygotowaniem do wybiegań z plecakiem.
Na zdjęciu trochę widać, że mam to na sobie.

zero zero trzy

Dziś pierwszy dzień nowego miesiąca. To dobra okazja, żeby podsumować ten miniony i może również dotychczasowe siedem bieżącego roku.

Zacznijmy od sierpnia. Zrobiłem 294 kilometry. Wiedziałem, że bardzo mało zabraknie do trzystu, ale postanowiłem sobie opuścić., bo i po co?
Biegałem swoimi stałymi, leśnymi trasami, ale raz byłem z kumplem w Szczyrku i tam wbiegliśmy na Skrzyczne robiąc łącznie dwadzieścia sześć kilometrów.

W całym 2019 przebiegłem łącznie 1412 km. Daje to niezłą średnią około dwustu kilometrów na miesiąc, przy czym w styczniu zrobiłem ich tylko 61, w lutym „aż 95” i dopiero w marcu zbliżyłem się do dwustu. Kwiecień i maj były znowu trochę słabsze, w czerwcu zbliżyłem się do 250. Dystans sierpnia podałem na początku wpisu.

W przyszłym tygodniu chcę przebiec ponad 50 km po górach i sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Poza tym nie mam – jak zawsze – specjalnych planów. Byle był czas i chęci na wychodzenie z domu. To wystarczy.

zero zero dwa

Ruszyłem o dziesiątej. Przebiegłem może pół kilometra i zaczęło padać. Mocno. W tle grzmiało. Ani trochę mi to nie przeszkadzało, bo już wpadłem do lasu, a on zawsze dobrze na mnie działa. Biegłem swoje, miarowo. Ciesząc się, że zebrałem się nim lunęło, bo pewnie wymyśliłbym kilka – oczywiście racjonalnych – powodów by zostać w domu. A tak mogłem się cieszyć błotem i ociekającymi wodą drzewami.
IMG_20190731_150217Nigdzie się nie spieszyłem; odpuściłem sobie nawet zerkanie na (bardzo przecież nowy) zegarek. W trochę ponad 70 minut przebiegłem jakieś 12,5 kilometra. Podobnie zatem jak wczoraj. Wróciłem kompletnie przemoczony, ale zadowolony.
Ciekawe, jaka jutro będzie pogoda.

zero zero jeden, czyli powrót

Ogarniający mnie zapał jest zazwyczaj krótkotrwały. Dlatego też dość ostrożnie podchodzę do wczorajszego pomysłu, by reaktywować te zapiski. Zwłaszcza, że chciałbym robić to regularnie. Może nie codziennie, ale jednak częściej niż raz na tydzień. Mam zwyczajnie powody, by sobie nie dowierzać. Tym niemniej faktem jest, że właśnie zacząłem…

Od ostatniego wpisu minęły prawie dwa lata. Nie był to okres jakoś bardzo intensywny biegowo, jednak – to jeden z tych nielicznych wyjątków w moim życiu, gdy jestem konsekwentny i wytrwały – cały czas biegałem. Jedyne przerwy były spowodowane kontuzjami. Podczas gry w piłkę pękła mi łąkotka, a w zeszłym roku spadłem z drabiny i naprawdę miałem powody obawiać się, czy moja stopa jeszcze kiedyś da radę stawiać kroki w tempie biegowym. Na szczęście jest dobrze i niech tak zostanie.

Ponadto siedem miesięcy temu postanowiłem schudnąć. Uwierzyłem, że mocne ograniczenie węglowodanów powinno przynieść rezultaty. I tak się faktycznie stało. Pierwszego stycznia ważyłem blisko 92 kilogramy, a teraz – od mniej więcej dwóch miesięcy – moja waga waha się między 73 a 76 kilogramami. Ważne, że taka dieta nie jest specjalnie męcząca, choć i tak miewam dni, że nic nie jest w stanie powstrzymać mnie przed jedzeniem wszystkiego co popadnie. Łącznie z ciastami i czekoladami. Nie robię sobie jednak z tego powodu wyrzutów. Dopóki udaje mi się utrzymywać siódemkę z przodu uznaję, że wszystko jest w porządku.

polar

Wczoraj założyłem na nadgarstek zegarek biegowy Polar Vantage M. Długo używałem aplikacji Nike+ w telefonie i nie potrafiłem się zdecydować na dedykowane urządzenie, ale wreszcie wybrałem właśnie Polara. Cena poniżej 1000 zł, pomiar tętna z nadgarstka, GPS, bardzo długo działająca bateria. Intuicyjna, prosta obsługa. No i wygląd. Bardzo mi się podoba. Wiele wskazuje na to, że nie będę tego zakupu żałował.

Tyle tytułem wstępu do być może reaktywowanego blogu. Dziś planuję ostatni start w tym miesiącu, więc całkiem możliwe, że będę miał pretekst, by stworzyć – w nowej numeracji, którą sobie wymyśliłem – notkę numer zero zero dwa. Zobaczymy.

sto pięćdziesiąt siedem

W piątek trzynastego miałem nie biegać. Nie z powodu daty, bo nie przejmuję się takimi bzdurami, ale zwyczajnie byłem zmęczony. Pomyślałem jednak, że się przejdę i to był całkiem dobry pomysł.
luuuNastępnego dnia już pobiegłem w przeciętnym tempie. Dystans taki, jak zazwyczaj.
W niedzielę znów chciałem się tylko przejść, ale po mniej więcej kilometrze przeszedłem do truchtu.
Dzisiaj, czyli w poniedziałek, podobnie, choć już od początku dreptałem sobie bardzo wolno. Trochę mnie to irytuje, gdy pomyślę, jak słaby wychodzi wtedy czas, ale z drugiej strony z nikim się przecież nie ścigam, a dzięki temu mam niskie tętno. A zdaje się, że wtedy spala się także lepiej tłuszcz.
Myślę, że będę częściej uprawiał takie ślamazarne przebieżki.

sto pięćdziesiąt sześć

Dziś testowałem łąkotkę.
Mniej intensywnie sprawdzam ją od dłuższego czasu, chciałem się jednak wreszcie przekonać, jak sobie poradzi na jakimś dłuższym wybieganiu. Skończyło się na dystansie dwudziestu dwóch kilometrów, głównie lasem. Asfalt stanowił w tym góra piętnaście procent.
Najbardziej bałem się zbiegów, jednak i na nich kolano grzecznie zginało się w tę i z powrotem.
Mogę stwierdzić, że przez cały trening ani przez moment nie poczułem, że coś jest nie tak i powinienem sobie odpuścić. Co przy tym ważne, wcale się jakoś przesadnie nie wlokłem. Średnie tempo wyszło na poziomie pięciu minut i trzydziestu sześciu sekund na kilometr, a więc przyzwoicie.
oooo
tired
Ponadto, pomijając już wszystkie inne kwestie, biegło mi się po prostu rewelacyjnie. Piękny, jesienny las, do tego trochę wiatru i słońca. Nie nudziłem się sam ze sobą ani przez chwilę. Właśnie dzięki temu wiedziałem do samego końca, że potrafię dziś wykręcić sporo więcej. Odpuściłem, bo uznałem, że to rozsądne (he,he) ale w sumie i tak dołożyłem nieplanowane dwa kilometry.

Podsumowując: z łąkotką nie jest idealnie. Nadal boli, gdy mocno zegnę nogę w kolanie, ale mimo wszystko da się biegać i to całkiem spore dystanse.

Rzecz jasna obawiam się, że to mogą być tylko pozory, jednak tu już brakuje mi rozumu, by przedsięwziąć jakieś oczywiste dla mądrzejszych ode mnie kroki 😀

 

 

sto pięćdziesiąt trzy

Dwudziestego czwartego lub piątego czerwca zachciało mi się grać w piłkę. Z rodzicami innych dzieci ze szkółki mojego syna. I coś zabolało mnie w kolanie. Mimo to, po grze, pobiegłem do domu. Następnego dnia kolano spuchło, nie potrafiłem kucnąć. Zrobiłem sobie przerwę w bieganiu i trzydziestego czerwca ruszyłem asfaltem, ale w górach. Ponad osiemnaście kilometrów.

njdnjd

Po wszystkim trochę kolano pobolało, jednak nie było źle. Dzień przerwy i ponad szesnaście kilometrów w podobnym, górskim terenie. Znów lekki ból, do zniesienia.

Na wszelki wypadek tydzień przerwy i całkiem udany bieg. Następnego dnia kolejny i… kontuzja odnowiona. Taki sam ból. Załamka. Wizyta u ortopedy i okazuje się, że to łąkotka. Niedobrze. Jeszcze nie wiadomo, co dalej, ale przerwa w bieganiu trwa. Przynajmniej do końca lipca. Co będzie później, zobaczymy.

sto czterdzieści dziewięć

Nie myślałem, że będę mógł się pochwalić aż takim kilometrażem. 422,6 km w 30 dni. Daje to średnio 14 kilometrów dziennie. Średnio, bo zazwyczaj biegałem mniej, ale też zdarzyło się, że kilka razy zrobiłem tych kilometrów sporo więcej. Nieważne. Istotne, że mam powody do zadowolenia. majWprawdzie średnie tempo miałem mocno przeciętne, jednak coś za coś. Wątpię, by dałbym radę tyle biegać wykręcając każdorazowo tempo zbliżone do 05’15” minut na kilometr.