szesnaście

Moje deklaracje zamieszczania tu regularnie wpisów nie mają żadnej wartości. Widocznie nie potrafię tego zmienić. Trudno.
Jest już dwudziesty pierwszy dzień lutego, a ja nie podsumowałem nawet minionego roku. Od tego więc dziś zacznę.
Dwa tysiące czterysta dwadzieścia cztery kilometry, czyli średnio sto jeden kilometrów miesięcznie i sześć i sześć dziesiątych dziennie.
Nie jest to jakiś porywający wynik, ale co z tego? Ważne, że biegałem w miarę regularnie i obyło się bez specjalnych kontuzji.
Rok bieżący zacząłem bardzo niemrawo. W styczniu równe sto, a w lutym jak dotąd dwanaście wyjść i sto dwadzieścia dziewięć kilometrów. Jest więc jakaś poprawa w porównaniu z poprzednim miesiącem.
Co więcej? Nic. Nie mam formy. Ledwie człapię. Ale człapię. I to jest najważniejsze.

jedenaście

Gdybym biegał w sposób choćby tylko ćwierćprofesjonalny, miałbym przynajmniej namiastkę programu treningowego. Jakieś cele, założenia, chęć biegania interwałów, gotowość dostosowywania dystansu i tempa do etapu przygotowań do czegoś tam i tak dalej. Szczęśliwie bieganie jest tylko czymś, co utrzymuje moje zdrowie psychiczne we względnej równowadze, więc poza nielicznymi wyjątkami, gdy postanawiam wyjść do ludzi i wystartować w jakichś zawodach, praktycznie nigdy nie działam w sposób zaplanowany.
Tak samo było i dzisiaj, ale wyszło z tego coś, co można od biedy można nazwać treningiem. Walnąłem bowiem bardzo szybkie dziesięć kilometrów. Nieważne, że zdecydowałem, że to właśnie zrobię gdzieś w okolicy trzysetnego metra. Ważne, że od początku do końca tę myśl zrealizowałem.Picture1 Miałem wprawdzie nadzieję, że stać mnie na czas zbliżony do trzech kwadransów, ale i 00:46:49 nie jest złym wynikiem. Zwłaszcza, że miałem na sobie trzykilogramową kamizelkę, zbyt ciepłą bluzę i nie jadłem nic od blisko osiemnastu godzin.
Co tu dużo gadać: jestem z siebie bardzo zadowolony. Tym bardziej, że po wszystkim, gdy już ze trzy czy cztery minuty odsapnąłem, ruszyłem dalej. Znacznie, znacznie wolniej, ale też w przyzwoitym tempie, bo zbliżonym do 05’45” na kilometr. W sumie zrobiłem tych kilometrów dziś piętnaście („dodatkowych” pięć) i gdy teraz sobie o tym myślę, bardzo mi się chce wystartować ponownie rano.
Wolno, ale konsekwentnie dzień za dniem. Powinno się udać.
Picture

zero zero pięć

Świeżo zakupiony zegarek Polar Vantage M naładowałem do pełna we wtorek około 16:00. Od tego momentu nie zdejmowałem go z nadgarstka pozostawiając cały czas włączoną funkcję pomiaru tętna. Dodatkowo przebiegłem z nim blisko pięć godzin z włączonym GPS. IMG_20190803_044928O ładowanie upomniał się w piątek po ostatnim, czwartym, składającym się na te niespełna pięć godzin aktywności starcie. Nie wiem, ile jeszcze by wytrzymał, ale wtedy była dziesiąta, zatem upłynęły niespełna trzy doby: mniej więcej 72 godziny. Myślę, że to całkiem niezły rezultat.

Wstałem dziś kilka minut po trzeciej. Nakarmiłem i pogłaskałem kota, umyłem się, przebrałem, przelałem do bidonu przygotowaną dzień wcześniej czerwoną herbatę i po ponownym ściągnięciu kota z kolan wyruszyłem. Z czołówką na głowie, bo było jeszcze ciemno. Dreptałem równo, powoli. Bardzo starałem się nie spieszyć, co wcale nie jest takie łatwe. Dziś jednak wychodziło mi to całkiem dobrze, co widać po czasie i strefach tętna.
Clipboard01
IMG_20190803_044928
Zakończyłem bieg po siedemnastu kilometrach, gdy było już całkiem jasno.
Jutro dzień przerwy, a w przyszłym tygodniu przynajmniej jeszcze raz chcę zaliczyć las przed świtem. Jest wtedy nawet bardziej niż zazwyczaj niesamowity.

 

 

zero zero trzy

Dziś pierwszy dzień nowego miesiąca. To dobra okazja, żeby podsumować ten miniony i może również dotychczasowe siedem bieżącego roku.

Zacznijmy od sierpnia. Zrobiłem 294 kilometry. Wiedziałem, że bardzo mało zabraknie do trzystu, ale postanowiłem sobie opuścić., bo i po co?
Biegałem swoimi stałymi, leśnymi trasami, ale raz byłem z kumplem w Szczyrku i tam wbiegliśmy na Skrzyczne robiąc łącznie dwadzieścia sześć kilometrów.

W całym 2019 przebiegłem łącznie 1412 km. Daje to niezłą średnią około dwustu kilometrów na miesiąc, przy czym w styczniu zrobiłem ich tylko 61, w lutym „aż 95” i dopiero w marcu zbliżyłem się do dwustu. Kwiecień i maj były znowu trochę słabsze, w czerwcu zbliżyłem się do 250. Dystans sierpnia podałem na początku wpisu.

W przyszłym tygodniu chcę przebiec ponad 50 km po górach i sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Poza tym nie mam – jak zawsze – specjalnych planów. Byle był czas i chęci na wychodzenie z domu. To wystarczy.

sto czterdzieści

Minus siedem stopni, ale wydaje się, że jest cieplej. Ubrałem się idealnie na tę pogodę. Od początku biegłem. Nie brałem pod uwagę marszu. Cały czas czułem się świetnie. Mniej więcej w połowie czwartego kilometra poślizgnąłem się na zmrożonym śniegu. Dość mocno się wywróciłem, ale w miarę szczęśliwie. Boli mnie tylko lewa dłoń, którą się podparłem. Przeszło jednak w miarę szybko. Spokojnie dokręciłem do 10 km w średnim tempie 05’26” km/h. To bardzo dobry wynik w mojej obecnej formie.Gdy kończyłem kusiło mnie, żeby zrobić jeszcze dwa-trzy kilometry.  Kusiło, ale odpuściłem. Na wszystko przyjdzie czas. Powoli.

sto trzydzieści pięć

Lipiec zamknięty. Sporo kilometrów w tym miesiącu przebiegłem, bo ponad 247. Na zakończenie, w sobotę 30.07., jednorazowo 27. Nie wiem, być może spokojnie zrobiłbym trzydzieści, ale zaczęło mi już brakować sił i postanowiłem sobie odpuścić w końcu nic nie musiałem.

lipiec1lipiec2

sto trzydzieści cztery

Wstając dziś przez szóstą rano wiedziałem tylko tyle, że zaplanowałem bieg. Pozbierałem się i po kilkunastu minutach ruszyłem. W zupełnie innym kierunku niż zazwyczaj. Przyjemną trasą wzdłuż lasu, ale także wzdłuż drogi. Cały czas asfaltem w każdym razie. Najpierw chciałem zawrócić po 7,5 km żeby zrobić 15. Ostatecznie dołożyłem jeszcze blisko trzy zanim ruszyłem znów w stronę domu. Gdy zegarek pokazał trochę ponad 20, rozładował się… Sięgnąłem więc po telefon i navime gps tracker. Okazało się, że go nie włączyłem. Zdziebko mnie to zdenerwowało, ale naprawdę minimalnie. Uznałem jednak, że to znak, by wracać i zrezygnowałem z dokręcania do 25, a taka myśl od pewnego czasu kołatała mi w głowie. Trudno jest mi więc powiedzieć, ile kilometrów faktycznie zrobiłem, ale sądzę, że trochę ponad 22, może nawet 23. Tempo też miałem raczej niezłe, około 05’25”/km. Istotne, że te dwie godziny z samym sobą ani przez moment mi się nie dłużyły.