sto pięć

IMG_20150523_095721_edit_edit_edit_editDziś biegałem szósty dzień z rzędu. Wcześniej, od poniedziałku do piątku, udało mi się zaczynać już około 05:15. Jeszcze wczoraj planowałem, że w sobotę będzie tak samo. Gdy jednak otworzyłem oczy przed 05:00, nawet nie próbowałem walczyć ze zniechęceniem i lenistwem. Poddałem się i zostałem w łóżku. Uznałem nawet, że to zdroworozsądkowe podejście. W końcu biegałem już pięć razy w tym tygodniu. W takim przekonaniu wytrwałem do około 09:00. Wtedy odezwał się niejaki Rafał radośnie oznajmiając, że swoją przebieżkę zaczął o 04:00, a gdybym miał wątpliwości, że było świetnie, to na wszelki wypadek podsyła swoje roześmiane zdjęcie. Tym sposobem mój zdrowy rozsądek narażony został na próbę, z której nie wyszedł zwycięsko. Żeby go nie męczyć, przebrałem się szybko, zatrzasnąłem drzwi domu i ruszyłem przed siebie.
Ależ było pięknie! Chłodno, wietrznie. Idealnie. Pod domem okazało się, że mam nieosiągalną przez ostatnie dni średnią 04’55”. No i też czuję się rewelacyjnie.
Tak więc dzięki, Rafał. Ch… tam ze zdrowym rozsądkiem. Po drodze nie było mi z nim nigdy raczej 😉
IMG_20150523_102953

sto dwa

bieg z 18.04.2015
W dziesięciostopniowej skali niechcenia dziś było blisko siódemki. Nie potrafiłem się zebrać. Już nawet założyłem, że po czterech dniach biegowych przydadzą mi się trzy dni przerwy. Pewne jest bowiem, że w niedzielę nie ruszę. Miał więc być dopiero poniedziałek, a sobotę przeznaczyłbym na cokolwiek, byle nie na szwendanie się po lesie. Jak to się stało, że jednak ruszyłem, nie wiem. Istotne, że się przebrałem, wyszedłem, pomyślałem: „o kurde, ale zimno!” i ruszyłem przed siebie. Szybko. Złapałem tempo już na pierwszym kilometrze. Choć nie sprawdzałem czasu wiedziałem, że idę konkretnie. Na żadnym z dwunastu kilometrów nie przekroczyłem 5 minut. Najgorszy wynik to 04’58”, a każde pozostałe 1000 metrów bliżej 04’45”. Ostatecznie taką właśnie miałem średnią: 4 min. 45 sek. na każdy z 12 kilometrów. Łącznie 57 min. i 08 sekund. Trochę żałuję, że niedociągnąłem do pełnej godziny, ale co tam. Podsumowując krótko: świetny bieg. I teraz też czuję się wyśmienicie.

sto

Tak bardzo nie chciało mi się biegać, że poszedłem się zdrzemnąć. Co ciekawe, udało mi się zasnąć. Jednak nie pomogło, a wręcz było jeszcze gorzej. Na myśl, że mam wyjść z domu robiło mi się słabo. Gdy jednak wyłączyłem myślenie i szybko się przebrałem, jakoś ruszyłem. Przez pierwsze dwa kilometry marzyłem tylko o tym, by zawrócić, bo do niechęci doszedł jeszcze chłód. Jednak nagle – około trzeciego kilometra – wszystko to minęło. Wpadłem we właściwy rytm, który nie opuścił mnie do samego końca. Pod domem okazało się, że te 11200 metrów zajęło mi 54’42”, co daje średnią 4’53” na każdy kilometr.

oooooooooo