zero dziesięć

Dziś drugi dzień z rzędu wybiegłem na tyle wcześnie, by było jeszcze ciemno. Z latarką czołową i ubrany dość lekko, bo nawet o piątej rano jest jeszcze ciepło. Przyjemnie mi się biegło. Już chyba o tym pisałem: czasem lekko drzemię w czasie takich rozbiegań. Oczywiście nie dosłownie, jednak – zwłaszcza z początku – jestem na tyle odłączony od większości bodźców, że ledwie je rejestruje. To bardzo przyjemne uczucie, ale musi przyjść samo, automatycznie. Gdy dostrzegam, że właśnie w taki sposób minęło mi kilka kilometrów, ten stan mija. Taki paradoks, hehe.
Podsumowując: czwartek – start 05:15 – około 11,5 km; piątek – start 04:55 – około 13 km.

A teraz czas przygotować zieloną herbatę do bidonu na jutro albo niedzielę. Ostatnio właśnie ją piję w czasie biegu. Prosto z Chin, sprasowana w kostkę. Lubię.
Picture

sto pięćdziesiąt sześć

Dziś testowałem łąkotkę.
Mniej intensywnie sprawdzam ją od dłuższego czasu, chciałem się jednak wreszcie przekonać, jak sobie poradzi na jakimś dłuższym wybieganiu. Skończyło się na dystansie dwudziestu dwóch kilometrów, głównie lasem. Asfalt stanowił w tym góra piętnaście procent.
Najbardziej bałem się zbiegów, jednak i na nich kolano grzecznie zginało się w tę i z powrotem.
Mogę stwierdzić, że przez cały trening ani przez moment nie poczułem, że coś jest nie tak i powinienem sobie odpuścić. Co przy tym ważne, wcale się jakoś przesadnie nie wlokłem. Średnie tempo wyszło na poziomie pięciu minut i trzydziestu sześciu sekund na kilometr, a więc przyzwoicie.
oooo
tired
Ponadto, pomijając już wszystkie inne kwestie, biegło mi się po prostu rewelacyjnie. Piękny, jesienny las, do tego trochę wiatru i słońca. Nie nudziłem się sam ze sobą ani przez chwilę. Właśnie dzięki temu wiedziałem do samego końca, że potrafię dziś wykręcić sporo więcej. Odpuściłem, bo uznałem, że to rozsądne (he,he) ale w sumie i tak dołożyłem nieplanowane dwa kilometry.

Podsumowując: z łąkotką nie jest idealnie. Nadal boli, gdy mocno zegnę nogę w kolanie, ale mimo wszystko da się biegać i to całkiem spore dystanse.

Rzecz jasna obawiam się, że to mogą być tylko pozory, jednak tu już brakuje mi rozumu, by przedsięwziąć jakieś oczywiste dla mądrzejszych ode mnie kroki 😀

 

 

sto pięćdziesiąt dwa

Pierwszy bieg w zupełnie nowym dla mnie modelu butów marki Inov-8, czyli x-talon 225, wypadł wyśmienicie. IMG_20170621_093117Zrobiłem więcej niż zazwyczaj, bo aż szesnaście i pół kilometra, ale zależało mi na tym, by w miarę dobrze przetestować ten nabytek. Jasna, lepiej byłoby wydeptać przynajmniej półmaraton, jednak nie miałem na to ani chęci, ani czasu.
Starałem się unikać asfaltu. W miarę się udało, bo najwyżej jakieś 20% całego dystansu przypadło na tę twardą nawierzchnię. Reszta trasy prowadziła prze leśne ścieżki.
But mocno opina stopę, ale nie powoduje to dyskomfortu. Wręcz przeciwnie, czułem się z tym bardzo dobrze. Podeszwa jest twarda, co również mi odpowiada. Potrafiłem biec szybko zapominając zupełnie o butach. To najlepszy dowód na to, że leżą dobrze na moich stopach.
Teraz pozostaje tylko wybiegać w nich więcej kilometrów, a ponieważ te pierwsze wrażenia napawają optymizmem, Inov-8 x-talon 225 mają spore szanse stać się moim obuwiem numer jeden.
Oby było tak faktycznie. Wizualnie są tak bardzo w moim guście, że nie mam nic przeciwko.
IMG_20170621_100220_processed
Trasa: 16,51 km.
Czas: 1:26:15 (od 07:57 do 09:25)
Średnie tempo: 05:13
Średnia prędkość: 11,48 km/h
Najszybszy kilometr: 4’45” (11-ty km)
Najwolniejszy kilometr: 5’41” (4-ty km)

sto czterdzieści dziewięć

Nie myślałem, że będę mógł się pochwalić aż takim kilometrażem. 422,6 km w 30 dni. Daje to średnio 14 kilometrów dziennie. Średnio, bo zazwyczaj biegałem mniej, ale też zdarzyło się, że kilka razy zrobiłem tych kilometrów sporo więcej. Nieważne. Istotne, że mam powody do zadowolenia. majWprawdzie średnie tempo miałem mocno przeciętne, jednak coś za coś. Wątpię, by dałbym radę tyle biegać wykręcając każdorazowo tempo zbliżone do 05’15” minut na kilometr.

 

sto czterdzieści osiem

jedenOstatnia niedziela maja to tradycyjny termin „Pielgrzymki Mężczyzn i Młodzieńców do Matki Bożej Piekarskiej”.
Gdy byłem znacznie młodszy, często jeździłem tam na rowerze. Z ojcem lub kolegami. Różnie. Ostatnio pojechałem do Piekar w 2009, a więc już sporo lat temu.

W tym roku zaświtała mi myśl, by do Piekar pobiec. Sprawdziłem. Jakieś 28 do 31 kilometrów w jedną stronę, zależnie od trasy. Sporo, ale przecież jak najbardziej w zasięgu moich możliwości…

Nie przygotowywałem się  jakoś specjalnie; nawet nie zrobiłem sobie dnia przerwy w bieganiu, a przecież od blisko miesiąca biegam codziennie. Ruszyłem tak po prostu, z marszu. Uzbrojony w dwa banany, dwa żele energetyczne w tubce oraz trzy bidony z czerwoną herbatą, miętą, miodem, cytryną i szczyptą soli. Wszystko to załadowałem do lekkiego plecaka i pasa biodrowego.

Bieg rozpocząłem kilka minut przed szóstą. Już wtedy było ciepło. Starałem się nie kontrolować tempa choć zakładałem, że trzy godziny powinny mi wystarczyć.
Tak też się stało. Na miejsce, po 29,13 km, dotarłem, gdy TomTom wskazywał 02:50 minut. Nieźle, bo to przecież tempo poniżej sześciu minut na kilometr. Musiałem je, intuicyjnie, całkiem rozsądnie dobrać, skoro na miejscu czułem się dobrze, a nawet rześko. Porozciągałem się; na cmentarzu umyłem zimną wodą z kranu, przebrałem skarpety i bluzkę. Wtopiłem się w tłum ciesząc się, że znowu jestem w tym szczególnym miejscu.
dwa
Cały czas jeszcze nie wiedziałem, co ostatecznie począć z drogą powrotną. Pierwotny plan był taki, że pobiegnę tyle, ile dam radę, ale raczej nie więcej niż 10-15 kilometrów. Gdy będę miał dość zatrzymam się i  zadzwonię po transport.

Gdy można już było zbierać się do domu, uzupełniłem bidony jakimiś izotonikami ze sklepu, przeszedłem około kilometra, włączyłem pomiar czasu i zacząłem będąc bardzo ciekawym, co z tego wyniknie.

Upał był już nieznośny, a ja niestety dreptałem poboczem dróg z rzadka tylko osłoniętymi od słońca. Mimo to biegło mi się wcale znośnie. Kolejne kilometry zdawały się mijać szybciej, bo poznawałem kolejne punkty przybliżające mnie do celu. Kryzys – choć to jednak zbyt duże słowo – przyszedł około dwudziestego kilometra. Wtedy poczułem, że mam już serdecznie dość. Nawet nie to, że bolą mnie nogi (choć faktycznie trochę już dawały się we znaki), ale że tak zwyczajnie mi się nie chce.
Z drugiej strony jednak gdzieś tam kołatała się myśl, że jeszcze tylko dziesięć kilometrów. A co to jest dziesięć kilometrów? Tyle przecież robię przecież praktycznie codziennie z łatwością…

Oszukując się w ten sposób i starając się oderwać myślami od wszystkiego co dzieje się w mojej głowie i wokół, biegłem więc dalej. Wolno, jednak bez zatrzymywania się i przechodzenia w chód.

I ostatecznie zrobiłem to.

Po kilku godzinach przerwy przebiegłem 28 kilometrów. W 02:52, a więc ze średnim tempem powyżej sześciu minut, ale to przecież i tak całkiem dobry wynik. Najważniejsze, że dałem radę. 58 kilometrów jednego dnia!
trzy
Największy jak dotąd mój wyczyn. Oby nie ostatni.

sto trzydzieści sześć

Nie ma sensu się tłumaczyć. I tak nikt tu nie zagląda. Ale, tak dla porządku, napiszę, że niespecjalnie się starałem uzupełniać tu choć odrobinę regularnie wpisy, co przecież nie raz i nie dwa zapowiadałem… Zdecydowanie lepiej wychodzi mi na lakonicznym Twitterze: przemsa@twitter ma się nieźle. Tam, pod adresem https://twitter.com/przemsa, krótko opisywałem swoje biegi. Dziś nie składam deklaracji, że i tutaj będę częściej coś zamieszczał. Zobaczymy. Teraz tylko podsumowanie minionego roku wyciągnięte z serwisu smashrun.com.

http://pl.smashrun.com/jprzemsa/overview/2016

Dodatkowo to samo bezpośrednio z serwisu nike+
twitterhttps://twitter.com/przemsa/status/815897184470257664

sto siedemnaście

Mam chwilę czasu, a brakuje mi pomysłu, co z nim zrobić, więc poniżej wklejam sierpniowe wpisy na przemsa@twitter od pierwszego do dzisiaj: