sto czterdzieści dwa

Mam powód do zadowolenia. Gdy wyszedłem dziś biegać, miałem od razu zawrócić i położyć się spać. Tak bardzo mi się nie chciało. Nie wiem jak udało mi się tego nie zrobić. Początek był ciężki, a dalej niestety też szło mi nieszczególnie. W lesie praktycznie nie dało się biec. Musiałem nie tylko iść, ale też bardzo ostrożnie stawiać każdy krok. Topniejący lód tworzył śliską, zdradliwą warstwę, której but nie chciał się trzymać.

Tym sposobem jakieś czterdzieści procent trasy przemierzyłem bardzo powolnym krokiem. zdecydowanie powinienem omijać las, czas przestać tylko o tym mówić…
Kończąc: zrobiłem 11 kilometrów w 71 minut. Nieźle, gdy weźmie się pod uwagę, że miałem zostać w domu.

dwdw3

sto czterdzieści jeden

Ciężko się biega po lesie. Od kilku(nastu?) dni temperatura rzadko bywa dodatnia, więc śnieg nie ma kiedy stopnieć. Jest twardy, zmrożony, śliski. Na dodatek pełno w nim śladów stóp, które w tych warunkach tworzą dziury jak w szwajcarskim serze. Nie ma innego wyjścia i trzeba dreptać uważając przy tym bardzo, by nie skręcić nogi. Być może jest to i dobre ćwiczenie, ale mnie jakoś nie przekonuje. Dlatego też następnym razem zmienię trasę. Dzisiejsze blisko siedem leśnych kilometrów z jedenastu ogółem, zbyt dało mi się we znaki, by chcieć to powtórzyć.

sto czterdzieści

Minus siedem stopni, ale wydaje się, że jest cieplej. Ubrałem się idealnie na tę pogodę. Od początku biegłem. Nie brałem pod uwagę marszu. Cały czas czułem się świetnie. Mniej więcej w połowie czwartego kilometra poślizgnąłem się na zmrożonym śniegu. Dość mocno się wywróciłem, ale w miarę szczęśliwie. Boli mnie tylko lewa dłoń, którą się podparłem. Przeszło jednak w miarę szybko. Spokojnie dokręciłem do 10 km w średnim tempie 05’26” km/h. To bardzo dobry wynik w mojej obecnej formie.Gdy kończyłem kusiło mnie, żeby zrobić jeszcze dwa-trzy kilometry.  Kusiło, ale odpuściłem. Na wszystko przyjdzie czas. Powoli.

sto dwadzieścia pięć

IMG_20160114_100312_1_1452769122999_1452769152094Dziś moja prywatna, dziesięciostopniowa, skala niechcenia mogła śmiało przekroczyć dziewiątkę. Wyszedłem nawet specjalnie na dwór, żeby się przekonać, że słusznie robię zostając w domu. Niestety piękne, skrzące się w śniegu słońce nie chciało tego potwierdzić. Przeciągnąłem się więc kilkakrotnie licząc, że może jednak coś gdzieś mnie boli. Bez efektu. Tak samo stopy, uda, kolana. One również nie dawały żadnych oznak zmęczenia. Pomyślałem więc, że będzie to trzeci dzień z rzędu, zatem lepiej odłożyć bieg na jutro. Jest ślisko i mogę złapać kontuzję… Idę do pracy na noc… I tym podobnie, i tak dalej. Nic to nie dało. Machnąłem więc ręką, przebrałem się i ruszyłem. I jak zwykle poszło wyśmienicie. Tempo nie powalało, ale za to „wrażenia artystyczne” niesamowite. Wyłączyłem się i biegłem, biegłem…
Jak to dobrze, że mam czasem tak silną wolę i udaje mi się nie ulec temu namolnemu, męczącemu rozsądkowi 😉

dziewięćdziesiąt osiem

Teraz jeszcze krótko uzupełnienie marca.

marzec

20 biegów. Zazwyczaj po 11 km. Łącznie 225 km. Średnie tempo 5’10”.

Tak naprawdę, biodro i kolano przestały mi doskwierać dopiero pod koniec marca.

dziewięćdziesiąt jeden

Minął prawie miesiąc od ostatniego wpisu. Tak to jest, gdy nie ma się smartfona. Trzeba się logować i w ogóle podchodzić do komputera… A tak poważniej, to po prostu mi się nie chciało. Odkładałem kolejny wpis i odkładałem. Sam nie wiem, jak to się stało, że teraz wreszcie się do tego zabrałem. Jednak, pomimo tego, że mam co opisywać – poza tym przydługim wstępem – będzie mocno skrótowo:

W styczniu biegałem jeszcze: 12, 13,14, 15, 17, 19, 20, 21, 22, 24, 26, 27, 28, 29, 31. Łącznie zrobiłem 232,3 km ze średnim tempem na kilometr 5’08”.

W lutym natomiast biegałem dotąd trzy razy. Drugiego, trzeciego i piątego, czyli dzisiaj. Łącznie 33,3 km w 5’17” na kilometr. Tempo mam mocno przeciętne, ale jest bardzo ślisko lub nogi zapadają się w śniegu, a poza tym boli mnie trochę lewe biodro. Mam nadzieję, że to nic poważnego.

dziewięćdziesiąt

Przyznaję, że biegu z ósmego stycznia w ogóle nie pamiętam. Serio, nic. Nawet nie za bardzo kojarzę, jaka była pogoda. Nie chce mi się logować do Nike+, a tam na pewno zostawiłem jakiś krótki komentarz do tego startu. Zostaje mi sam zegarek, który pokazuje jedenaście kilometrów w 55 min. 54 sek. Czyli jak najbardziej w normie. Średnia 5’05” na każdy kilometr.
Dzisiaj (niedziela) miałem nie biegać. Tak założyłem w sobotę widząc tę wichurę i ulewę za oknem. Nawet rano, choć już było znacznie przyjemniej, chciałem się tego trzymać. Nie wiem do końca, co sprawiło, że zmieniłem zdanie. Na pewno nie tylko aura. Raczej chęć ucieczki od psychicznego zmęczenia i zobojętnienia. Ruszyłem kwadrans po południu. Bez żadnych założeń, nie mając też pojęcia, jak będę się czuł po dwudniowej przerwie. Rześki, czy raczej spowolniony? Okazało się, że to pierwsze. Gdy zatrzymałem się pod domem zobaczyłem, że 11 km pokonałem w 54’12”, co daje średnią 4’54” na kilometr. Nie muszę dodawać, że do teraz (prawie 20:00) nadal czuję się  spokojny i rozluźniony.