sto trzynaście

goryZnów się zastanawiam, czy powinienem napisać, że w piątek i sobotę biegałem po górach, czy raczej „w górach”. Różnicę widzę tak, że w pierwszym przypadku byłoby to poruszanie się po trasach typowo górskich, a w drugim tylko w terenie nominalnie zaliczanym do np. Podbeskidzia. Zdaje się, że to jednak niepotrzebne dzielenie włosa na czworo, więc sobie daruję. Istotne, że faktycznie były to góry i choć droga była głównie asfaltowa, to przebywałem na wysokości około 450 m.n.p.m. i jednak zaliczyłem kilka ostrych podbiegów. W piątek wystartowałem o szóstej rano i zrobiłem około 14 km, a w sobotę ruszyłem dwadzieścia minut wcześniej i pokonałem mniej więcej półtora kilometra mniej. To dlatego, że za drugim razem trasa okazała się być znacznie trudniejsza – długi i ostry podbieg około piątego kilometra dał mi się mocno we znaki i prawie mnie pokonał… Tempo na tym odcinku spadło mi do 05’45”/km. Średnio w piątek i sobotę tempo wyniosło około 05’15”/km i byłoby lepsze, gdyby pierwszego dnia GPS nie przestał zliczać odległość na trzynastym kilometrze, co dopiero kończąc bieg zauważyłem.
Podsumowując jestem z tych biegów całkiem zadowolony, bo były niezłym urozmaiceniem, a poza tym zwyczajnie bardzo lubię góry. Kolejny start (już w domu) pewnie we wtorek. Na razie jeszcze odpoczywam.

sto

Tak bardzo nie chciało mi się biegać, że poszedłem się zdrzemnąć. Co ciekawe, udało mi się zasnąć. Jednak nie pomogło, a wręcz było jeszcze gorzej. Na myśl, że mam wyjść z domu robiło mi się słabo. Gdy jednak wyłączyłem myślenie i szybko się przebrałem, jakoś ruszyłem. Przez pierwsze dwa kilometry marzyłem tylko o tym, by zawrócić, bo do niechęci doszedł jeszcze chłód. Jednak nagle – około trzeciego kilometra – wszystko to minęło. Wpadłem we właściwy rytm, który nie opuścił mnie do samego końca. Pod domem okazało się, że te 11200 metrów zajęło mi 54’42”, co daje średnią 4’53” na każdy kilometr.

oooooooooo

dziewięćdziesiąt dziewięć

Trzy raz „zbyt”:
1. Zbyt dużo zjadłem na śniadanie,
2. Zbyt szybko ruszyłem po tym posiłku,
3. Zbyt ciepło się ubrałem.
Tak właśnie sobie myślałem podczas dzisiejszego, mocno dla mnie męczącego biegu. Dlatego też, gdy go ukończyłem pod domem i zerknąłem na zegarek, byłem szczerze zdziwiony. Niecałe 5 minut na każdy z 11 km? Mógłbym się założyć, że będzie to bliżej 5’30”, a tu taka niespodzianka. Nie zmienia to jednak w niczym ogólnego wrażenia – nie jestem z tego startu specjalnie zadowolony. Kolejny w poniedziałek lub wtorek.

040415

osiemdziesiąt osiem

Wypadałoby podsumować miniony rok. Zanim się jednak za to zabiorę (chyba już w kolejnym wpisie), uzupełnię informację z bieżącego. Startowałem dotąd cztery razy: 02, 03, 05 i 06 stycznia. Dopiero ten ostatni start był udany. Wcześniejsze niestety kosztowały mnie dużo wysiłku – za dużo, niż normalnie przy takim tempie i dystansie. W sumie nie wiem dlaczego. Poniżej wyniki:

02 stycznia – 11 km; średnia 05’08”
03 stycznia – 11 km; średnia 04’59” (tutaj mocne zaskoczenie; byłem przekonany, że się wlokłem…)
05 stycznia – 11 km; średnia 05’13”
06 stycznia – 11 km; średnia 05’02”

Myślę, że jutro będę miał czas pobiegać.

pięćdziesiąt jeden

W poniedziałek (28.X) i później w środę przebiegłem podobny dystans około 10100 metrów. Za każdym razem GPS zantotował małą odchyłkę na poziomie 100 metrów. Nie ma to niby większego znaczenia, ale jednak zakłamuje wynik o jakieś 30 sekund. W każdym razie w poniedziałek biegło mi się bardzo fajnie, a w środę fatalnie. W tym ostatnim przypadku nie chodzi o tempo, ale ogóle samopoczucie. Nie mogłem oderwać się od bieżących problemów w pracy. Ostateczny czas to odpowiednio 55 minut i 55 minut 36 sekund.

 

czterdzieści dziewięć

Wczoraj było bardzo ciepło. Pogoda bardziej przypominała połowę maja niż koniec października. Na początku biegło mi się całkiem nieźle, ale po szóstym kilometrze zacząłem opadać z sił. W pewnym momencie, po ostrym podobiegu z ósmego kilometra, myslałem już, że będę musiał zrezygnować. Jednak wymuszone zmęczeniem zmniejszenie tempa pomogło i dociągnąłem do końca. Dzięki temu że zacząłem nieźle, czas miałem całkiem przyzwoity. 54 min. i 27 sek. na 10100 metrów. Pewne jest jednak, że raczej nie dałbym rady przebiec 11 km.

czterdzieści osiem

Sobotni wysiłek dał mi się we znaki. Odczułem to podczas wczorejszego biegu. Pogoda była bardzo przyjemna, ja wypoczęty, ubrany też odpowiednio, ale mimo tego było ciężko. Od pierwszego kilometra czułem zmęczenie. Jednak całościowo wyszło całkiem nieźle. Dobiegłem do 10100 metrów w czasie 55 min. i 37 sekund. Zobaczymy, jak będzie następnym razem.