czterdzieści sześć

Ósmego października zbyt ciepło się ubrałem. Spowodowało to dodatkowe zmęczenie i sam bieg nie był specjalnie przyjemny. 10200 metrów w 56’26”. Jak było dwa dni później, dziesiątego, nie za bardzo teraz pamiętam. Chyba nieźle, bo 10100 metrów zajęło mi równe 55 minut. Nastomiast sobotę dwunastego pamiętam bardzo dobrze. Wtedy od poczatku do końca chciałem biec szybko i się udało. 10100 metrów pokonałem w 53 min. 17 sek. Nie jest to chyba maksimum moich możliwości, ale już blisko tej granicy. Może też potrafiłbym szybciej po płaskim terenie… W ostatni poniedziałek 10200 metrów w 56’58”. Wczoraj, w środę 16-tego, biegałem dla odmiany w deszczu i było to całkiem przyjemne. Zrobiłem trochę więcej, bo równe 11 km. Potrzebowałem na nie 59 min. i 50 sek. Kolejny bieg zaplanowałem na sobotę.

czterdzieści pięć

Pierwszy bieg w tym miesiącu wypadł w środę 02. Nie ma co o nim pisać. Wyszedł przeciętnie, bo nie udało mi się oderwać od bieżących spraw i naprawdę odpocząć. 10100 m zrobiłem w niezłym czasie 56 minut. Kolejny start to zupełnie coś innego. Wreszcie w górach, w Istebnej, gdzie już przynajmniej dwukrotnie miałem pobiegać, ale jakoś nie wychodziło. W piątek 04 października się udało. Wizualnie pogoda była piękna. Świeciło słońce, jednak temperatura nieznacznie tylko przekroczyła zero. Wystartowałem spod Zagronia o 09:20. Trasy nie planowałem. Ruszyłem w stronę przeciwną do głównej drogi. Od początku czułem, że jest lekko pod górkę, ale tak naprawdę poczułem to dopiero po szóstym kilometrze. Wtedy zawróciłem i stało się coś pięknego. Jak gdybym dopiero co zaczął. Złapałem właściwy rytm, wyłączyłem się z myślenia o codziennych sprawach. Przebierałem nogami chłonąc słońce, cisze i piękny, lekko żółtawy leśny krajobraz początków jesieni.  Ósmy, dziewiąty, dziesiąty i jedenasty kilometr pokonałem w czasie 5’12’’, 5’14’’, 5’13’’ i 5’11’’. Ostatecznie trochę na siłę przeciągnąłem wszystko do 13,5 km (1 g. 14 min), pod koniec intensywnie gdybając, czy może nie zrobić 15 albo 21 kilometrów. Myślę, że dałbym radę, ale zwyciężył rozsądek. Porozciągałem się, wziąłem z auta torbę i wkroczyłem na basen. Zacząłem od prysznica i sauny. Niecałe 85 stopni przez około 10 minut dobrze mi zrobiło. Jacuzzi, parę metrów crawlem, bo nie ma tam zbytnio warunków do pływania, ponownie prysznic i do domu. Całość zajęła mi niewiele ponad dwie godziny. W przyszłym roku bardzo chciałbym to powtórzyć.

istebna_2013

dwadzieścia jeden

Maj zamknął się w dziesięciu startach i dystansie 96 kilometrów. To trochę mniej niż zakładałem, ale jak najbardziej w normie. Ostatnie biegi tego miesiąca to 9600 metrów 23 maja, 10200 metrów z czasem 59 i 50,5 minuty odpowiednio 25 i 26 maja oraz 9800 metrów w ponad 59 minut podczas dusznej, przedburzowej pogody 30 maja.
Czerwiec rozpocząłem niezbyt udanym startem w poniedziałek. Znów było ciężko oddychać, ulewa wisiała w powietrzu i bardzo się zmęczyłem. Z trudem przebiegłem 9400 metrów w blisko 55 minut. Natmiast wczoraj aura była idealna. Chłodno, pochmurno, leciutka mżawka.  9800 metrów zajęło mi 56 min. 45 sekund. Czułem,  że mam siły na sporo więcej.

dziewiętnaście

Jakoś tak wyszło, że we wtorek nie biegałem. Wystartowałem jednak bardzo wcześnie wczoraj i dziś. W środę o 05:40, a dzisiaj nawet 10 minut wcześniej. Fajnie tak. Wszyscy śpią, w lesie mgła, cisza i spokój. W zasadzie jeszcze spałem, a przynajmniej mój organizm nie do końca zdawał sobie chyba sprawę, że ma się wysilać. Dał jednak radę. Wczoraj na stanadrdowy dystans +-9400 metrów potrzebowałem 56 min i 50 sekund, dziś 57 min. i 17 sek., czyli praktycznie tyle samo. Nie są to wyniki, którymi można się chwalić, ale po pierwsze nie mam takiego zamiaru, a po drugie dla mnie najważniejsze są regularne starty. Teraz jednak czas na dłuższy odpoczynek. Dobry pretekst mam, bo wyjeżdżam dziś w góry, a tam znajdą się inne zajęcia.  Na przykład nieumiarkowane jedzenie 🙂 Oczywiście z jednej strony trochę żałuję, że nie pobiegam w nowym miejscu, ale z drugiej przyda mi się ten trzydniowy odpoczynek. W końcu nie jestem już taki młody 😉

osiemnaście

W sumie nie wiem, czy biegło mi się wczoraj tak źle z powodu ogólnie kiepskiego samopoczucia, czy też jednak przede wszystkim ze względu na duchotę. Faktem jest, że wymęczyłem te 9,5 km i niezbyt dobrze się później czułem. Wydawało mi się, że wlokę się niemiłosiernie, ale nie było aż tak niemrawo. Potrzebowałem na ten dystans 57 minut. Czy GPS w telefonie sprawił się tym razem dobrze pewności nie mam, bo nie skręciłem prosto do domu, ale dołożyłem jakieś 300 metrów. Znów wystartuję chyba dzisiaj wieczorem.